Liceum z Izraela wybrało Białystok i naszą szkołę, bo często uczestniczymy w programach o kulturze Żydów, młodzież wiele słyszała też o wielokulturowości Podlasia. Program miałby polegać na wzajemnych wizytach uczniów i odwiedzaniu historycznych miejsc. Boimy się jednak, że nie będzie nas stać na przyjęcie gości – mówi Anna Janina Kloza, nauczycielka liceum im. Zygmunta Augusta. Prezydent Białegostoku obiecał “Porannemu”, że na taki cel znajdą się pieniądze z funduszu promocji miasta. Read the rest of this entry »
Wspólne dziedzictwo
January 29th, 2007Mały POPiS?
January 29th, 2007
Czy jutro radni sejmiku wybiorą zarząd województwa? Tak przynajmniej twierdzą przedstawiciele Prawa i Sprawiedliwości. To byłby nie lada sukces, bo już dwa miesiące próbują i nic.
Poważne rozmowy w PO
- Na ponad dziewięćdziesiąt procent we wtorek będzie zarząd – zdradził “Porannemu” jeszcze w ubiegłym tygodniu Krzysztof Tołwiński, który za przejście na stronę PiS ma być wyrzucony z Polskiego Stronnictwa Ludowego (funkcji kierowniczych już został pozbawiony).
Dobrej myśli jest także marszałek elekt Bogusław Dębski. – Zarząd zostanie powołany. Od ostatniej sesji (czyli od 16 stycznia – przyp. red.) prowadziliśmy wiele rozmów z przedstawicielami różnych ugrupowań. Przygotowaliśmy wiele wariantów i myślę, że któryś z nich zostanie zaakceptowany przez większość radnych – twierdzi Bogusław Dębski.
Ale ani o wariantach, ani o tym, kto mógłby je poprzeć nie chce rozmawiać. Jak się dowiedzieliśmy, podobno skład zarządu, który jutro zaproponuje Dębski, ma poprzeć co najmniej dwóch członków z klubu Platformy Obywatelskiej: Jacek Piorunek i Cezary Cieślukowski.
Sprawa jest najwidoczniej poważna. W sobotę do Łomży, gdzie mieszka Piorunek, wybrali się sami szefowie podlaskiej i białostockiej Platformy: Robert Tyszkiewicz i Jarosław Dworzański. Mieli z radnym przeprowadzić poważną rozmowę (Cieślukowski od kilku dni jest za granicą na urlopie). Piorunek musiał tłumaczyć się nie tylko z pogłosek, ale także z wywiadu dla łomżyńskiego tygodnika “Kontakty”, w którym stwierdził, że jest w stanie opuścić klub PO.
- Ci panowie muszą sobie zdawać sprawę z tego, że jeśli będą głosować inaczej niż przewiduje strategia PO, czeka ich taki sam los jak Krzysztofa Tołwińskiego. Nie będziemy tolerować zdrajców w swoich szeregach – ostrzega Jarosław Dworzański. – Na szczęście, po rozmowach, jakie przeprowadziliśmy z jednym i z drugim (z Cieślukowskim telefonicznie – przyp. red.) nie spodziewam się, aby doszło do jakiejś niespodzianki we wtorek. Myślę, że będą głosować jak cała reszta PO.
Nie zdradzam, nie szantażuję
Jacek Piorunek zarzeka się, że choć prowadził rozmowy z różnymi politykami Prawa i Sprawiedliwości, także z szefem podlaskiego ugrupowania Krzysztofem Putrą (bo jak wyjaśnia, to jego kolega sprzed lat), to nie zdradzi Platformy. - Żadnych deklaracji nikomu nie składałem. A niektórzy widocznie szukają sensacji – komentuje Piorunek.
Co więc miał na myśli, mówiąc “Kontaktom”, że rozważa opuszczenie klubu PO?
- W różnych wersjach zarządu, proponowanych zarówno przez PiS, jak i PO, nie ma żadnego przedstawiciela z okręgu łomżyńskiego. Nie chcę nikogo zdradzać ani szantażować, ale jeśli na siłę będzie się promowało tylko ludzi z Białegostoku i Suwałk, nie wykluczam, że odejdę z klubu Platformy – wyjaśnia Piorunek. – Może się tak stać, że wspólnie z kolegami z PiS z mego okręgu połączymy siły, by walczyć o Łomżę. Bo my w Łomży nie dzielimy się na partie, nie mamy do siebie urazy. Chcemy jak najlepiej dla naszego regionu – dodaje.
Cezary Cieślukowski zaprzecza pogłoskom, że ma przejść na stronę PiS.
- Myślę, że niektórzy przedstawiciele tej partii specjalnie rozpuszczają plotki, by w Platformie powstała atmosfera podejrzliwości. Czekam na propozycje Prawa i Sprawiedliwości, ale takie, które dadzą szansę na stworzenie koalicji PO-PiS – mówi.
Autor artykułu: Joanna Dargiewicz
Ja nie chcę do domu
January 26th, 2007
Nie chcę wracać do domu. Najbardziej to chciałbym znaleźć rodzinę. Taką, w której nikt nie pije i wszyscy się kochają – mówi dziesięcioletni Jacek.
Po feriach sąd najpewniej ograniczy albo nawet odbierze prawa rodzicielskie jego rodzicom. Babcia, u której mieszka od kilku miesięcy, nie może się nim zaopiekować. Dlatego za wszelką cenę chce wnukowi znaleźć rodzinę zastępczą. Nie chce, aby trafił do domu dziecka. Read the rest of this entry »
Po kolana w śniegu – drugie przyjście zimy (wideo)
January 25th, 2007
Najgorzej było i jest jednak na chodnikach. Drogowcy sprzątający ulice, zrzucali na nie śnieg. Pokonanie przejścia dla pieszych było problemem. Trzeba było przeskakiwać przez zaspy śniegu.
Tak było między innymi przy ulicach Legionowej i Skłodowskiej. Kłopoty mieli też pasażerowie autobusów. Trudno było wyjść ze “sto dwójki” przy placu Uniwersyteckim. Tutaj na chodniku była zaspa.
- Tam gdzie jeździłem rano nie były odśnieżone ulice. O postojach nie wspomnę. Tam leżała gruba warstwa śniegu. Sami musieliśmy sobie radzić – mówi jeden z taksówkarzy.
- A nam się zima podoba – mówi para, którą spotkałem przy sądzie okręgowym. – Ale chodniki powinny być odśnieżone.
Od rana do poradni ortopedycznej zgłosiło się kilkadziesiąt osób. Jak mówią lekarze przypadków zwichnięć, złamań i stłuczeń jest dużo więcej niż dotychczas. Apelują do pieszych o ostrożność.
Autor artykułu:
Na bocznym torze
January 24th, 2007
Podopieczne Natalii Tobolskiej ciągle liczą się w walce o I ligę. W czym tkwi sekret udanych występów akademiczek?
- Gramy bez presji wyniku, dla własnej przyjemności. Dzięki temu w drużynie jest bardzo dobra atmosfera. Ciekawym przeżyciem jest także praca z trenerem kobietą. Na pewno lepiej rozumie nasze potrzeby – wyjaśnia Gosko.
Siatkarki zdają sobie jednak sprawę, że stać je na jeszcze lepsze wyniki.
- Miałyśmy kilka wpadek, przegranych meczów, które spokojnie powinnyśmy rozstrzygnąć na swoją korzyść. Oczywiście, robimy co możemy, ale czasami mamy problem ze zrozumieniem się z rozgrywającymi. Cały czas trenuję z pierwszym zespołem, a w II lidze tylko gram mecze. Na pewno stać mnie na dużo więcej, szczególnie w ataku – mówi Kulik.
Zakochana w siatkówce
Przed sezonem obie zawodniczki liczyły na grę w ekstraklasie. Działacze PRONAR ZETO ASTWA AZS Białystok postawili jednak na siatkarki z zewnątrz.
- Nie spodziewałam się, że będą aż tak duże przetasowania w składzie. Z jednej strony cieszę się, że cały czas gram w II lidze i nie siedzę na ławce w LSK, ale z drugiej strony, fajnie byłoby pograć trochę w ekstraklasie. Widocznie nie dorosłam jeszcze do tego poziomu. Kocham siatkówkę, więc tak czy inaczej nie zamierzam rezygnować z czegoś, co daje mi tyle radości – mówi smutno Gosko.
- Ciężko trenuję i mam nadzieję, że trener da mi jeszcze szansę zagrania wśród najlepszych zespołów w kraju. Na pewno będę cierpliwie czekać – dodaje bardziej optymistycznie Kulik.
Słabiej na wyjeździe
WSWFiT BTPS wymieniany jest w gronie głównych kandydatów do awansu. Obie zawodniczki ostrożnie podchodzą jednak do dalszej części sezonu.
- Na razie nikt z nas nie wspomina o wygraniu ligi. Chcemy odnieść jak najwięcej zwycięstw i dopiero wtedy powinny zacząć się rozmowy o naszej przyszłości – mówi Gosko.
Co najszybciej wymaga poprawy w grze drugoligowej ekipy?
- Myślę, że dużo lepiej możemy grać w bloku. A przestoje w grze? Takie są kobiety. Wiem, że jak się wygrywa dwa sety, to wszyscy oczekują także zwycięstwa w trzecim. To wina naszej natury, ale i koncentracji. Z jednej strony gra bez obciążeń bardzo pomaga, ale z drugiej, gdy nie ma jasno określonych celów łatwo o rozluźnienie – ocenia Gosko. – Na pewno lepiej możemy grać na wyjeździe. Kilka punktów na obcym terenie już nam uciekło – kończy Kulik.
Autor artykułu: Adam Gruberski
Na razie jest czas na bieganie, na granie przyjdzie później
January 22nd, 2007
Piłkarze Jagiellonii pracują nad formą w górach już od pięciu dni. Podopieczni trenera Ryszarda Tarasiewicza głównie biegają i ćwiczą na siłowni. Zajęcia są dość monotonne, ale jagiellończycy mają świadomość, że na tym etapie przygotowań nie może być inaczej.
- Jest czas na bieganie i jest czas na granie. Na razie musimy robić to pierwsze. Tak wygląda specyfika przygotowań do rundy wiosennej. Musimy się z tym pogodzić – mówi Ernest Konon.
Klimat pomaga
Zawodnicy przyznają, że nie za bardzo jest o czym opowiadać, bo każdy dzień podporządkowany jest ćwiczeniom, po których wszyscy mają ochotę już tylko na odpoczynek.
- Na nudę nie narzekam. Jestem nowy w drużynie, więc staram się jak najbardziej dotrzeć z resztą chłopaków. Kilku z nich już znałem, więc nie było mi tak trudno przełamać pierwsze lody – wyznaje Rafał Naskręt.
Były zawodnik Śląska Wrocław miał okazję być już wcześniej w Zieleńcu, kiedy drużynę z Dolnego Śląska prowadził duet Tarasiewicz – Waldemar Tęsiorowski.
- Można powiedzieć, że oba te zgrupowania wyglądają dość podobnie. Trener ma swoje metody i teraz również je stosuje. To dobre miejsce na budowanie formy.
Tutejszy klimat ma pozytywne właściwości i sądzę, że to przyniesie porządne efekty. Odczuwamy lekkie zmęczenie treningami, ale to normalne – dodaje Naskręt.
W cieniu tragedii
W trakcie zgrupowania w Zieleńcu trener Tarasiewicz przeżył osobistą tragedię – zmarł mu ojciec. Mimo to nie opuścił obozu i nadal prowadzi zajęcia.
- Wiemy, że to dla niego ogromny cios. Złożyliśmy mu kondolencje. To jego prywatne sprawy i robi wszystko, aby nie wpływały na przebieg obozu. Mimo tej sytuacji stara się normalnie prowadzić zajęcia – dodaje Konon.
Autor artykułu: (salim)
Miało być łatwiej
January 22nd, 2007
Zniesienie znaczków skarbowych miało uprościć załatwianie spraw administracyjnych, takich jak na przykład uzyskanie aktu małżeństwa. Nowe prawo obowiązuje od początku tego roku, ale w miejsce starych problemów pojawiły się nowe.
- Kupiłam w zeszłym roku znaczki skarbowe, które teraz nadają się tylko na makulaturę i nie mogę ich nigdzie zwrócić – powiedziała nam Czytelniczka.
- Chyba powinien być jakiś sposób, żeby pozbyć się tych nieprzydatnych zapasów?
Według Ministerstwa Finansów, na pieniądze za niewykorzystane znaczki mogą liczyć jedynie przedsiębiorcy prowadzący punkty ich sprzedaży.
Nie wszyscy wiedzą też, że znaczki skarbowe zostały zniesione i teraz do załatwienia spraw urzędowych potrzebny jest dowód wniesienia opłaty skarbowej.
- Zdarzyło się nam już kilka razy, że otrzymaliśmy podania z naklejonymi znaczkami skarbowymi – tłumaczy Zofia Zienckowska, zastępca naczelnika Wydziału Komunikacji Urzędu Miejskiego w Białymstoku.
Ustawa o opłacie skarbowej, która zniosła znaczki, nie przewidziała okresu przejściowego, w którym można by wnosić opłaty na dwa sposoby (gotówką i w znaczkach). Nie było też czasu na poinformowanie ludzi o zmianach. Tymczasem bez dowodu wpłaty urzędnicy nie mogą zająć się naszą sprawą.
- Problemy sprawiają też opłaty wnoszone przez internet – dodaje Zienckowska. – Nie wiadomo bowiem, jak udowodnić, że taka opłata miała miejsce. Jak na razie musimy to sprawdzać za każdym razem w wydziale finansów. Moim zdaniem, nie mamy w związku ze zmianami zbyt wielkich trudności.
Czy urzędy starają się ułatwić życie klientom?
- Opłaty można wnieść u nas na miejscu, ponieważ otworzyliśmy specjalny punkt – mówi Marian Hodun, kierownik Urzędu Stanu Cywilnego w Białymstoku.
Kolejnym problemem są niejasno sformułowane przepisy o opłatach. Od początku tego roku opłaty pobiera się od każdej decyzji administracyjnej. Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej uważa jednak, że z opłat zwolnione są decyzje socjalne, czyli np. ustalenie prawa do świadczeń rodzinnych. Może się więc zdarzyć, że przy tej samej sprawie dowód wpłaty będzie czasem potrzebny, a czasem nie. Urzędy czekają na szczegółowe rozporządzenia Ministerstwa Finansów.
Autor artykułu: Ewa Wyrwas
Rynek w czerwcu?
January 22nd, 2007
Trudno mi mówić o szczegółach dotyczących projektu placu, bo znam go bardzo ogólnie, ale chciałbym, aby Białystok miał swoją przestrzeń miejską. I żeby była ona gotowa na Dni Białegostoku – mówi Tadeusz Truskolaski, prezydent miasta.
Tego samego zdania jest projektant Rynku, który z planami walczy niemal dwa lata. Jego projekt, wskutek ciągłych zmian koncepcji, dyktowanych a to przez radnych, a to przez urzędników, przechodził kolejne zmiany. Od Rynku Kościuszki jako placu zamkniętego dla ruchu kołowego, po Rynek z zamkniętą dla aut ulicą Suraską. Od placu bez drzew, ale z tak zwaną wagą miejską (nowoczesny budynek nawiązujący do tego, który przed wojną stał przed Ratuszem) po plac ze szpalerem kasztanowców i już bez wagi.
- Już w czwartek przedstawię prezydentowi wszystkie gotowe wersje projektu. Jeżeli mamy zdążyć z realizacją Rynku Kościuszki do czerwca, to trzeba na coś się zdecydować. I to natychmiast, żeby ostatecznie zamknąć dokumentację najdalej w ciągu kilku tygodni – uważa Zenon Zabagło, szef pracowni architektonicznej Atelier Zetta.
Potem projektanta i inwestora, jakim za blisko cztery miliony złotych ma być miasto, czeka jeszcze przeprawa przez wszelkie formalności, łącznie ze zgodą wojewódzkiego konserwatora zabytków. A ten w ubiegłym roku, za sprawą negatywnej opinii Wojewódzkiej Rady Ochrony Zabytków, wizję architektoniczną Zenona Zabagły blokował.
Tymczasem pod koniec ubiegłego roku białostoczanie zobaczyli, jak może wyglądać Rynek Kościuszki. Miasto zakończyło przebudowę nawierzchni ulicy i chodnika po północnej stronie rynku. Reszta została niezmieniona. Mieszkańcy zgodnie mówią, że trzeba coś z tym zrobić.
- Ten plac trzeba wyremontować. Przecież to miejsce ma upiększać Białystok, a nie tak jak teraz, szpecić – mówi Dariusz Janiuk.
- Teraz ten plac nie jest wizytówką. Trzeba go poprawić. Wyciąć trochę krzaków i dodać ławeczki oraz latarnie – dodaje Agnieszka Marczyk.
Autor artykułu: Rafał Malinowski
Ludzie mają serce
January 21st, 2007
Słyszałam o rodzinie Kobeszków, którzy się spalili. Chciałam im powiedzieć, żeby się nie załamywali, bo żyją. Dookoła jest dużo ludzi o gorących sercach, pomogą – Irena Molska wie, co mówi. Przeżyła dwa pożary domu. Ostatni – pięć lat temu.
Dobrzy ludzie, tak ich nazywa: pan Antoni, pan Tadzio, pan Leszek, niektórych nazwisk nawet nie pamięta, sąsiedzi; oni wszyscy pomogli jej rodzinie odbudować dom i stanąć na nogach. Nawet z zagranicy ludzie przysyłali paczki, pieniądze. Do tej pory zresztą przysyłają.
Lęk przed ogniem pozostał
- To nie jest tak, że się wszystko szybko zapomina i już – pani Irena kręci głową. Parzy kawę w swojej ukochanej, przestronnej kuchni, z której ma piękny widok na ścianę lasu. Mieszka w dzikiej głuszy, na kolonii wsi Nowosiółki w powiecie siemiatyckim. Do najbliższych sąsiadów ma kilometr, ale nigdy by się stąd nie wyprowadziła. Nie myślała o tym nawet po drugim pożarze. W kuchni stoi ogromny, drewniany stół. Musi się przy nim pomieścić 12 osób: ona, mąż i dziesięcioro dzieci.
- To wraca, nawet przy wigilii. Siedzimy sobie, jemy i nagle zaczynamy o tym rozmawiać, widzimy ogień przed oczami – opowiada pani Irena.
- Zimne ognie kupiłam. Myślałam, że się dzieci ucieszą, ale nie pozwoliły nawet ich zapalić: “Aj, mamo, lepiej nie” – mówiły – “Jeszcze się gdzieś coś zaprószy”. Albo jest taki lęk, kiedy światło nagle zgaśnie. Raz, jak wydawało mi się, że coś jest nie tak z ogrzewaniem, to kazałam w panice uciekać wszystkim na dwór.
Po starym domu zostały tylko fundamenty. Stoi tam teraz szopa. Często, gdy pani Irena przechodzi obok, czuje niepokój.
Cały dach był w ogniu
Pożar wybuchł w nocy, piątego grudnia, pięć lat temu. Spała i wydawało się jej, że coś chodzi po dachu. “Koty?” – pomyślała. Wstała zobaczyć, otworzyła drzwi wejściowe, zrobił się przeciąg, dym uderzył ją w twarz. Krzyknęła tylko: “Pożar!”.
Obudziła męża: “Ratuj dzieci!” i pobiegła do sąsiadów. Tak jak stała, po śniegu, w jednej koszuli, na bosaka. Odwróciła się, zobaczyła, jak mąż wrzuca dzieci w słomę. Cały dach był w ogniu. Ten kilometr przebiegła błyskiem, zadzwoniła po straż. Nie mogli w tę głuszę trafić, a kiedy przyjechali, nie było już co ratować. Kilka razy chodzili do stodoły z latarką policzyć, czy aby są wszystkie dzieci, czy nikt się nie spalił.
- Rano znalazłam w popiele kilka nadpalonych zdjęć dziewczynek, tylko to nam zostało – opowiada pani Irena.
- Strażacy jeszcze w nocy zawieźli dzieci do ośrodka w Bacikach Średnich. Mieszkały tam pół roku. Opiekowała się nimi najstarsza Marcela, chodziła wtedy do ostatniej klasy gimnazjum. Tęskniły bardzo, szczególnie Madzia, najmłodsza. Miała dużo rozmów z psychologiem, ale do tej pory cierpi na bezsenność, pewnie po tym pożarze. Ludzie pomagali nam bardzo; co kto mógł, oddawał, nawet ciepłe jedzenie nam przynosili. Przez dwa tygodnie mieszkaliśmy z mężem u sąsiadów, nigdy nic za to nie chcieli. Na święta Bożego Narodzenia straż załatwiła nam wyjazd do Kobylej Góry, do pensjonatu Maciejanki. Nawet prezenty dostaliśmy, ale co to za święta były… Smutne bardzo. Potem z mężem zamieszkaliśmy w szopie.
Ogrzewaliśmy się piecykiem na gaz i sprzątaliśmy zgliszcza. Bardzo nam pomogły media, prosząc o pomoc dla nas.
Zbuduję wam dom
I pewnego dnia w nowosiólskiej głuszy zjawił się pan Antoni Tararuń. Nie potrafił sam tam trafić, więc zajechał do Bacik i chłopiec Molskich go przyprowadził.
- Chciałam już przez media poprosić, żeby ktoś nam odstąpił drewnianą, starą chatkę. Myślałam: przeciągniemy ją, urządzimy, i jakoś to będzie, a pan Antoni powiedział: “Zrezygnujcie, postawię wam dom” – pani Irena na początku nie uwierzyła. Gdy wiosną przyjechali robotnicy, rozstawili na polu namioty i zaczęli coś kopać, dopiero wtedy pomyślała, że to się może ziścić. Zaczęli budować w maju. W listopadzie cała rodzina Molskich wprowadziła się do nowego, murowanego domu.
Dzieci nie wychodziły z łazienki
Na wprowadzenie zrobili wielką fetę, bo jak ludziom nie podziękować. Przyjechali wszyscy, co pomagali, ludzie z wioski, pan Antoni, strażacy, media. Od razu złożyli życzenia, bo u Molskich pojawiło się maleńkie dziecko. Pani Irena poszła do lekarza, bo kiedy biegła w tę straszną noc na bosaka do sąsiadów, odmroziła sobie nogi i ciągle jakoś źle się czuła. Ale okazało się, że to nie choroba czy stres, tylko ciąża. Wkrótce urodził się Kubuś.
Pani Irena pamięta, jak chodziła po nowym domu: na dole duża jadalnia z kuchnią, pokój i hol, na górze trzy sypialnie. Nie marzyła nawet, że kiedyś będzie miała taki piękny dom. Dotykała pomalowanych świeżo ścian, sprawdzała centralne ogrzewanie, siedziała godzinami nad kuchenką gazową. Wcześniej, latem, gotowała na podwórku. A dzieci to po prostu nie wychodziły z łazienki. W starym domu myły się w misce, nie miały bieżącej wody. Teraz od rana do wieczora puszczały wodę i chlapały się w wannie.
Najpierw dzieci wprowadziły się na górkę. Pierwsze meble przywiózł pan Antoni. Szafa od niego służy do dziś. Pani Irena z mężem spała na początku na podłodze, na materacu, który też podarowali im ludzie. Było też trochę zawiści o ten piękny dom.
- Ale co tam, to drobiazg. A wie pani, że wszyscy moi chłopcy chcą być strażakami? Tomek, najstarszy, nawet chodził na rozmowy, ale ostatecznie dostał się do Straży Granicznej, za to młodsi ciągle mówią, że będą gasić pożary.
Autor artykułu: Urszula Dąbrowska
Czas na rewanż
January 19th, 2007
Podopieczni trenera Marka Kubiaka są zdecydowanym faworytem spotkania z bydgoską ekipą. Novum prezentuje się słabo, przegrywa mecz za meczem.
Ostatnio zespół prowadzony przez Zbigniewa Próchnickiego nie sprostał przed własną publicznością Turowi. Poza tym białostoczanie mają z drużyną z Bydgoszczy rachunki do wyrównania. W pierwszej fazie Mispol Żubry przegrał 77:80 i teraz przyszedł czas na rewanż.
Rywal zespołu z Bielska Podlaskiego do wymagających nie należy. OSSM Sopot to drużyna złożona z uzdolnionej młodzieży. Ekipa z Wybrzeża do tej pory nie wygrała jeszcze spotkania i nic nie wskazuje na to, że dwa punkty wywalczy w starciu z Turem.
Spotkanie Mispolu Żubrów z Novum rozpocznie się o godz. 17 w hali AMB przy ul. Wołodyjowskiego 1.
PROGRAM 13. KOLEJKI
Sobota:
Mispol Żubry Białystok – Novum Bydgoszcz
AZS Kutno -Prokom II Sopot
ŻTS Nowy Dwór Gdański – Legia Warszawa
KS Piaseczno – Harmattan Gniewkowo
Pierniki Toruń – Polonia Warszawa
OSSM Sopot – Tur Bielsk Podlaski
Autor artykułu: (sk)