Słyszałam o rodzinie Kobeszków, którzy się spalili. Chciałam im powiedzieć, żeby się nie załamywali, bo żyją. Dookoła jest dużo ludzi o gorących sercach, pomogą – Irena Molska wie, co mówi. Przeżyła dwa pożary domu. Ostatni – pięć lat temu.
Dobrzy ludzie, tak ich nazywa: pan Antoni, pan Tadzio, pan Leszek, niektórych nazwisk nawet nie pamięta, sąsiedzi; oni wszyscy pomogli jej rodzinie odbudować dom i stanąć na nogach. Nawet z zagranicy ludzie przysyłali paczki, pieniądze. Do tej pory zresztą przysyłają.
Lęk przed ogniem pozostał
- To nie jest tak, że się wszystko szybko zapomina i już – pani Irena kręci głową. Parzy kawę w swojej ukochanej, przestronnej kuchni, z której ma piękny widok na ścianę lasu. Mieszka w dzikiej głuszy, na kolonii wsi Nowosiółki w powiecie siemiatyckim. Do najbliższych sąsiadów ma kilometr, ale nigdy by się stąd nie wyprowadziła. Nie myślała o tym nawet po drugim pożarze. W kuchni stoi ogromny, drewniany stół. Musi się przy nim pomieścić 12 osób: ona, mąż i dziesięcioro dzieci.
- To wraca, nawet przy wigilii. Siedzimy sobie, jemy i nagle zaczynamy o tym rozmawiać, widzimy ogień przed oczami – opowiada pani Irena.
- Zimne ognie kupiłam. Myślałam, że się dzieci ucieszą, ale nie pozwoliły nawet ich zapalić: “Aj, mamo, lepiej nie” – mówiły – “Jeszcze się gdzieś coś zaprószy”. Albo jest taki lęk, kiedy światło nagle zgaśnie. Raz, jak wydawało mi się, że coś jest nie tak z ogrzewaniem, to kazałam w panice uciekać wszystkim na dwór.
Po starym domu zostały tylko fundamenty. Stoi tam teraz szopa. Często, gdy pani Irena przechodzi obok, czuje niepokój.
Cały dach był w ogniu
Pożar wybuchł w nocy, piątego grudnia, pięć lat temu. Spała i wydawało się jej, że coś chodzi po dachu. “Koty?” – pomyślała. Wstała zobaczyć, otworzyła drzwi wejściowe, zrobił się przeciąg, dym uderzył ją w twarz. Krzyknęła tylko: “Pożar!”.
Obudziła męża: “Ratuj dzieci!” i pobiegła do sąsiadów. Tak jak stała, po śniegu, w jednej koszuli, na bosaka. Odwróciła się, zobaczyła, jak mąż wrzuca dzieci w słomę. Cały dach był w ogniu. Ten kilometr przebiegła błyskiem, zadzwoniła po straż. Nie mogli w tę głuszę trafić, a kiedy przyjechali, nie było już co ratować. Kilka razy chodzili do stodoły z latarką policzyć, czy aby są wszystkie dzieci, czy nikt się nie spalił.
- Rano znalazłam w popiele kilka nadpalonych zdjęć dziewczynek, tylko to nam zostało – opowiada pani Irena.
- Strażacy jeszcze w nocy zawieźli dzieci do ośrodka w Bacikach Średnich. Mieszkały tam pół roku. Opiekowała się nimi najstarsza Marcela, chodziła wtedy do ostatniej klasy gimnazjum. Tęskniły bardzo, szczególnie Madzia, najmłodsza. Miała dużo rozmów z psychologiem, ale do tej pory cierpi na bezsenność, pewnie po tym pożarze. Ludzie pomagali nam bardzo; co kto mógł, oddawał, nawet ciepłe jedzenie nam przynosili. Przez dwa tygodnie mieszkaliśmy z mężem u sąsiadów, nigdy nic za to nie chcieli. Na święta Bożego Narodzenia straż załatwiła nam wyjazd do Kobylej Góry, do pensjonatu Maciejanki. Nawet prezenty dostaliśmy, ale co to za święta były… Smutne bardzo. Potem z mężem zamieszkaliśmy w szopie.
Ogrzewaliśmy się piecykiem na gaz i sprzątaliśmy zgliszcza. Bardzo nam pomogły media, prosząc o pomoc dla nas.
Zbuduję wam dom
I pewnego dnia w nowosiólskiej głuszy zjawił się pan Antoni Tararuń. Nie potrafił sam tam trafić, więc zajechał do Bacik i chłopiec Molskich go przyprowadził.
- Chciałam już przez media poprosić, żeby ktoś nam odstąpił drewnianą, starą chatkę. Myślałam: przeciągniemy ją, urządzimy, i jakoś to będzie, a pan Antoni powiedział: “Zrezygnujcie, postawię wam dom” – pani Irena na początku nie uwierzyła. Gdy wiosną przyjechali robotnicy, rozstawili na polu namioty i zaczęli coś kopać, dopiero wtedy pomyślała, że to się może ziścić. Zaczęli budować w maju. W listopadzie cała rodzina Molskich wprowadziła się do nowego, murowanego domu.
Dzieci nie wychodziły z łazienki
Na wprowadzenie zrobili wielką fetę, bo jak ludziom nie podziękować. Przyjechali wszyscy, co pomagali, ludzie z wioski, pan Antoni, strażacy, media. Od razu złożyli życzenia, bo u Molskich pojawiło się maleńkie dziecko. Pani Irena poszła do lekarza, bo kiedy biegła w tę straszną noc na bosaka do sąsiadów, odmroziła sobie nogi i ciągle jakoś źle się czuła. Ale okazało się, że to nie choroba czy stres, tylko ciąża. Wkrótce urodził się Kubuś.
Pani Irena pamięta, jak chodziła po nowym domu: na dole duża jadalnia z kuchnią, pokój i hol, na górze trzy sypialnie. Nie marzyła nawet, że kiedyś będzie miała taki piękny dom. Dotykała pomalowanych świeżo ścian, sprawdzała centralne ogrzewanie, siedziała godzinami nad kuchenką gazową. Wcześniej, latem, gotowała na podwórku. A dzieci to po prostu nie wychodziły z łazienki. W starym domu myły się w misce, nie miały bieżącej wody. Teraz od rana do wieczora puszczały wodę i chlapały się w wannie.
Najpierw dzieci wprowadziły się na górkę. Pierwsze meble przywiózł pan Antoni. Szafa od niego służy do dziś. Pani Irena z mężem spała na początku na podłodze, na materacu, który też podarowali im ludzie. Było też trochę zawiści o ten piękny dom.
- Ale co tam, to drobiazg. A wie pani, że wszyscy moi chłopcy chcą być strażakami? Tomek, najstarszy, nawet chodził na rozmowy, ale ostatecznie dostał się do Straży Granicznej, za to młodsi ciągle mówią, że będą gasić pożary.
Autor artykułu: Urszula Dąbrowska