Archive for January, 2007

Lider był mocniejszy

Wednesday, January 31st, 2007


Jeszcze przed pierwszym pojedynkiem na trybunach można było wyczuć atmosferę spotkania derbowego. Na dodatek do wszystkich dotarła wiadomość, że Artur Baranowski, zawodnik Barucha, miał stłuczkę i nie może dotrzeć na mecz.

Sędziowie dali gościom 60 minut na uzupełnienie składu. Tuż przed 17 Baranowski pojawił się w sali Szkoły Podstawowej nr 49 i derby mogły się rozpocząć.

Najpierw Mateusz Czernik gładko poradził sobie z Jakubem Fiedorczukiem, a Marcin Czerniawski po zaciętym meczu pokonał Marcina Jarkowskiego.

Mocny trener

Kolejne gry singlowe były bardzo zacięte. Na pierwszym stole pasjonujący, pięciosetowy pojedynek stoczyli Siergiej Astaszenok i Artur Baranowski.

Równolegle na drugim Sławomir Cylwik bardzo szybko objął prowadzenie 2:0 w setach nad Piotrem Napiórkowskim. Potem jednak grający trener Barucha pokazał, co znaczą stalowe nerwy. Wziął się do pracy i zdołał wygrać.

- Sam się spaliłem. Mogłem wygrać ten mecz, ale zabrakło sił. Poza tym rywal zmienił taktykę i, niestety, zamiast wygrać 3:0, przegrałem 2:3 – mówi Cylwik.

Braterska potyczka

Po czterech grach singlowych i dwóch deblowych było 5:1 dla Barucha i wydawało się, że jest już po meczu. Tenisiści MOKS, chcąc uratować remis, musieli wygrać wszystkie pozostałe gry pojedyncze.

Plan udało się zrealizować niemal w całości. Nie wyszło jednak Piotrowi Zdzienickiemu, który przegrał ze swoim bratem Kamilem 1:3.

- Wygrać po takiej walce derbowy mecz to duża przyjemność. Kibice na pewno się nie nudzili. Było dużo nerwów i zwycięstwo nie przyszło nam łatwo – twierdzi Napiórkowski.

WYNIKI 14. KOLEJKI

MOKS Słoneczny Stok – UKS Baruch WSFiZ Dojlidy 4:6. Punkty: MOKS: Astaszenok – 2, Cylwik – 1, Jarkowski – 1. Baruch: Czerniawski – 1,5, Napiórkowski – 1,5, K. Zdzienicki – 1,5, Czernik – 1, Baranowski – 0,5.

Elektryk Toruń – GKS Sierakowice 3:7, Flota Świnoujście – ITRIława 8:2, Olimpia II Grudziądz – AZS-AWFiS Gdańsk 7:3, Pogoń Lębork – Stegny Wyszogród – mecz przełożony.

TABELA

1. BARUCH 14 27 105:35
2. Sierakowice 14 24 102:38
3. Flota 14 16 73:67
4. Olimpia II 14 16 70:70
5. Stegny 13 15 65:65
6. MOKS 14 12 66:74
7. Elektryk 14 11 63:77
8. Iława 14 9 59:81
9. AZS-AWFiS 14 4 48:92
10. Pogoń 13 4 39:91

Autor artykułu: Konrad Sikora

Mecz życia Polaków

Wednesday, January 31st, 2007


To, co przed imprezą w Niemczech wydawało się niemożliwe, stało się faktem. Polacy już w sobotę mogą zapewnić sobie miejsce na podium. Przez kilka ostatnich lat nie tylko światowy, ale i europejski kopciuszek odprawił z kwitkiem kolejną potęgę. Rosjanie co prawda nie zachwycali na mistrzostwach świata, ale i tak są znacznie wyżej w rankingu od naszych szczypiornistów.

- Byłem przed meczem strasznie zestresowany. Nawet jak stanąłem już między słupkami, ciągle miałem nogi jak z waty – mówi Sławomir Szmal, bramkarz polskiej reprezentacji.

Wojna nerwów

Na początku spotkania nie było jednak widać zdenerwowania w naszej ekipie. Biało-czerwoni świetnie grali w obronie i pewnie wykorzystywali wszystkie sytuacje. Po kilku minutach zaskoczeni Rosjanie przegrywali już 1:5. Szczypiorniści “Sbornej” przetrzymali nawałnicę i mozolnie rozpoczęli odrabianie strat. Rywale doprowadzili do remisu 8:8 i do końca pierwszej połowy gra toczyła się cios za cios. Dopiero w ostatnich minutach nieprawdopodobnymi interwencjami popisał się Szmal, Polacy wyprowadzili dwie kontry i zakończyli pierwszą część meczu prowadzeniem 16:14.

Biało-czerwoni dominowali na boisku także w drugiej części meczu. Rosjanie ponownie ocknęli się po kilkunastu minutach. Bezlitośnie wykorzystywali straty Polaków, którzy zbyt często decydowali się na rzuty z drugiej linii, zapominając zupełnie o grze skrzydłami. Na minutę przed końcem świetną akcją popisał się Karol Bielecki i nasz zespół wyszedł na prowadzenie 28:27. Ostatnie sekundy to prawdziwa wojna nerwów, z której zwycięsko wyszli biało-czerwoni.

Straszny charakter

- Spotkanie nie było piękne, ale tak się gra o stawkę. Chłopcy zostawili na boisku mnóstwo zdrowia, pokazali straszny charakter. Musimy nacieszyć się tym sukcesem, a później ostro ruszyć do pracy. Przed nami kolejny mecz życia – ocenia Wenta.

WYNIKI ĆWIERĆFINAŁÓW
Polska – Rosja 28:27 (16:14).
Polska: Szmal – Bielecki – 7 bramek, M. Lijewski – 6, Tkaczyk – 4, Jurasik – 3, B. Jurecki – 3, Tłuczyński – 3, Kuchczyński – 1, Jachlewski – 1, M. Jurecki – 0, Kuptel – 0, K. Lijewski 0, Wleklak – 0.
Niemcy – Hiszpania 27:25, Chorwacja – Francja 18:21, Dania – Islandia 42:41 po dogrywce.
Pary półfinałowe: Polska – Dania, Niemcy – Francja.
Mecze półfinałowe rozegrane zostaną jutro.

Autor artykułu: Adam Gruberski

Ballada o dobrym agencie

Wednesday, January 31st, 2007


Obraz Floriana Henckel-Donnersmarcka w warstwie formalnej jest skrzyżowaniem filmu szpiegowskiego i melodramatu. Co gorsza, cechy gatunkowe przeniknęły też do sfery ideologii. W efekcie film zaludniają postaci niemożliwie romantycznych kochanków i tajnych agentów z ludzką twarzą, dokonujący wyczynów na miarę J-23 (młodej i bardzo młodej publiczności wyjaśniamy, że taki kod miał Hans Kloss ze “Stawki większej niż życie”). W tej menażerii papierowych gigantów zabrakło ludzi z krwi i kości. Może właśnie dlatego udaje się (w filmie) obronić przewrotną tezę, że – co prawda – Niemcy z NRD zasługują na miano posłusznych wykonawców rozkazów komunistycznej władzy, ale wszystko to dlatego, że… byli dobrymi ludźmi.

Źli, bo… dobrzy

Wzorcowym przykładem złego, bo dobrego człowieka, jest agent Stasi (odpowiednik polskiej SB). Łamie ludzi, dręczy ich psychicznie i fizycznie w czasie przesłuchań, ale te wszystkie sadystyczne zabawy spływają po jego czystej duszy jak woda po kaczce. A to dlatego, że w dręczeniu ludzi nie znajduje przyjemności – on służy sprawie najlepiej, jak umie. Do prześladowanych przez siebie osób nie żywi żadnej osobistej urazy. Traktuje je jak zagrożenie dla władzy, dla partii, której ślubował być tarczą i mieczem. Prywatnie jest skromny jak mnich – nie ma życia osobistego, wszystko oddał służbie. Choć postępuje bez-względnie, choć niszczy ludziom życie, to trudno oskarżyć go o złe intencje. I reżyser tego nie robi. Bo jak oskarżać człowieka, który wierzy w to, co robi i stara się swoją pracę wykonywać możliwie jak najlepiej? W Polsce być może budziłby odrazę – dla Niemca (wnioskuję tylko na podstawie filmu) może być osobnikiem godnym szacunku.

Podobnie kuriozalna jest konstrukcja postaci pary kochanków, których podsłuchuje nasz “dobry agent”. Christa-Maria Sieland, aktorka, i Georg Dreyman, dramaturg, starają się nie narażać władzy. Oboje flirtują z systemem: on jest bezpiecznym reżimowym dramaturgiem, ona sypia z ministrem. Cena, jaką płacą za możliwość uprawiania zawodu i dostatnie życie, jest wysoka, ale jakimś cudem nie wpływa niszcząco na ich psychikę. Co prawda ona kupczy swoim ciałem, jest lekomanką i podpisuje zobowiązanie do współpracy, ale dalej jest zdolna do romantycznej miłości, do szczerych porywów serca. Podobnie jej wybranek: nie traci poetyckiej weny, a zmysł moralny mu się nie przytępia. Po samobójczej śmierci prześladowanego przez władzę (zakaz wykonywania zawodu aktora) przyjaciela pisze krytyczny tekst, który zostaje opublikowany w demokratycznej RFN.

Naiwność czy nieudolność?

Oglądając “Życie na podsłuchu”, co chwila trzeba mierzyć się z pytaniem, czy mamy do czynienia z naiwnością, czy warsztatową nieudolnością debiutanta. Niby czytelna jest intencja Henckel-Donnersmarcka, by pokazać, że nawet w warunkach totalnej inwigilacji ludzie mogą i zachowują humanitarne odruchy, że uginanie się pod presją ma granice i nie zawsze prowadzi do moralnej deprawacji. Jednak nieporadny sposób realizacji zamienił tę ideę w karykaturę. Film odrzuca sztucznością, razi koturnowym aktorstwem, irytuje pokracznym wywodem intelektualnym. Jeżeli nawet taka historia zdarzyła się naprawdę, to w filmie wygląda kompletnie niewiarygodnie.

Po wszystkich nagrodach i nominacjach próbowano wokół “Życia na podsłuchu” sprowokować szerszą dyskusję. Niewiele z tego wyszło. Nic dziwnego. Jeżeli o czymś warto dyskutować w związku z tym filmem, to raczej o jego formie niż treści – raczej o karierze niewspółmiernej do jakości niż o etycznych dylematach Niemców z NRD.

Autor artykułu:
Jerzy Szerszunowicz

Po pieniądze za ocean

Monday, January 29th, 2007


Szukałem pracy w Polsce, ale trudno ją znaleźć – przyznaje Dariusz Maliszewski, student pierwszego roku administracji na WSAP. – Mam rodzinę w Stanach Zjednoczonych. Myślałem żeby wyjechać tam na wakacje. Gdzie mógłbym pracować? Może w barze? Może w budownictwie, przy wykończeniówce? – zastanawia się.

Dlatego, tak jak wielu jego kolegów i koleżanek, przyszedł na sobotnie targi “Pracuj i zwiedzaj”. Była to ich druga odsłona, adresowana do studentów zaocznych. Pierwszą, wtorkową, zorganizowano z myślą o studentach dziennych.

- To już praktycznie ostatni moment, żeby zainteresować się wyjazdami wakacyjnymi – mówi Gabriela Radulska z biura karier Wyższej Szkoły Administracji Publicznej na Dojlidach. Dlaczego? Bo rekrutacja osób chętnych do wyjazdu najczęściej kończy się w marcu, najpóźniej w kwietniu.

Wyjazdy na imprezy “Work & Travel” zachwala Anna Ościłowska z firmy CCUSA.

- Studenci mogą skorzystać z dwóch programów. Pierwszy to obozy letnie, na których pracuje się jako nauczyciel lub instruktor. Drugi – typowa praca zarobkowa, na przykład w branży turystycznej – mówi Anna Ościłowska.

Dodaje też, że wakacyjny wyjazd jest doskonałą okazją do poznania nowych przyjaciół oraz – a może przede wszystkim – podszlifowania języka.

Autor artykułu: Andrzej Kłopotowski

Wspólne dziedzictwo

Monday, January 29th, 2007


Liceum z Izraela wybrało Białystok i naszą szkołę, bo często uczestniczymy w programach o kulturze Żydów, młodzież wiele słyszała też o wielokulturowości Podlasia. Program miałby polegać na wzajemnych wizytach uczniów i odwiedzaniu historycznych miejsc. Boimy się jednak, że nie będzie nas stać na przyjęcie gości – mówi Anna Janina Kloza, nauczycielka liceum im. Zygmunta Augusta. Prezydent Białegostoku obiecał “Porannemu”, że na taki cel znajdą się pieniądze z funduszu promocji miasta. (more…)

Mały POPiS?

Monday, January 29th, 2007


Czy jutro radni sejmiku wybiorą zarząd województwa? Tak przynajmniej twierdzą przedstawiciele Prawa i Sprawiedliwości. To byłby nie lada sukces, bo już dwa miesiące próbują i nic.

Poważne rozmowy w PO

- Na ponad dziewięćdziesiąt procent we wtorek będzie zarząd – zdradził “Porannemu” jeszcze w ubiegłym tygodniu Krzysztof Tołwiński, który za przejście na stronę PiS ma być wyrzucony z Polskiego Stronnictwa Ludowego (funkcji kierowniczych już został pozbawiony).

Dobrej myśli jest także marszałek elekt Bogusław Dębski. – Zarząd zostanie powołany. Od ostatniej sesji (czyli od 16 stycznia – przyp. red.) prowadziliśmy wiele rozmów z przedstawicielami różnych ugrupowań. Przygotowaliśmy wiele wariantów i myślę, że któryś z nich zostanie zaakceptowany przez większość radnych – twierdzi Bogusław Dębski.

Ale ani o wariantach, ani o tym, kto mógłby je poprzeć nie chce rozmawiać. Jak się dowiedzieliśmy, podobno skład zarządu, który jutro zaproponuje Dębski, ma poprzeć co najmniej dwóch członków z klubu Platformy Obywatelskiej: Jacek Piorunek i Cezary Cieślukowski.

Sprawa jest najwidoczniej poważna. W sobotę do Łomży, gdzie mieszka Piorunek, wybrali się sami szefowie podlaskiej i białostockiej Platformy: Robert Tyszkiewicz i Jarosław Dworzański. Mieli z radnym przeprowadzić poważną rozmowę (Cieślukowski od kilku dni jest za granicą na urlopie). Piorunek musiał tłumaczyć się nie tylko z pogłosek, ale także z wywiadu dla łomżyńskiego tygodnika “Kontakty”, w którym stwierdził, że jest w stanie opuścić klub PO.

- Ci panowie muszą sobie zdawać sprawę z tego, że jeśli będą głosować inaczej niż przewiduje strategia PO, czeka ich taki sam los jak Krzysztofa Tołwińskiego. Nie będziemy tolerować zdrajców w swoich szeregach – ostrzega Jarosław Dworzański. – Na szczęście, po rozmowach, jakie przeprowadziliśmy z jednym i z drugim (z Cieślukowskim telefonicznie – przyp. red.) nie spodziewam się, aby doszło do jakiejś niespodzianki we wtorek. Myślę, że będą głosować jak cała reszta PO.

Nie zdradzam, nie szantażuję

Jacek Piorunek zarzeka się, że choć prowadził rozmowy z różnymi politykami Prawa i Sprawiedliwości, także z szefem podlaskiego ugrupowania Krzysztofem Putrą (bo jak wyjaśnia, to jego kolega sprzed lat), to nie zdradzi Platformy. - Żadnych deklaracji nikomu nie składałem. A niektórzy widocznie szukają sensacji – komentuje Piorunek.

Co więc miał na myśli, mówiąc “Kontaktom”, że rozważa opuszczenie klubu PO?
- W różnych wersjach zarządu, proponowanych zarówno przez PiS, jak i PO, nie ma żadnego przedstawiciela z okręgu łomżyńskiego. Nie chcę nikogo zdradzać ani szantażować, ale jeśli na siłę będzie się promowało tylko ludzi z Białegostoku i Suwałk, nie wykluczam, że odejdę z klubu Platformy – wyjaśnia Piorunek. – Może się tak stać, że wspólnie z kolegami z PiS z mego okręgu połączymy siły, by walczyć o Łomżę. Bo my w Łomży nie dzielimy się na partie, nie mamy do siebie urazy. Chcemy jak najlepiej dla naszego regionu – dodaje.
Cezary Cieślukowski zaprzecza pogłoskom, że ma przejść na stronę PiS.

- Myślę, że niektórzy przedstawiciele tej partii specjalnie rozpuszczają plotki, by w Platformie powstała atmosfera podejrzliwości. Czekam na propozycje Prawa i Sprawiedliwości, ale takie, które dadzą szansę na stworzenie koalicji PO-PiS – mówi.

Autor artykułu: Joanna Dargiewicz

Ja nie chcę do domu

Friday, January 26th, 2007


Nie chcę wracać do domu. Najbardziej to chciałbym znaleźć rodzinę. Taką, w której nikt nie pije i wszyscy się kochają – mówi dziesięcioletni Jacek.

Po feriach sąd najpewniej ograniczy albo nawet odbierze prawa rodzicielskie jego rodzicom. Babcia, u której mieszka od kilku miesięcy, nie może się nim zaopiekować. Dlatego za wszelką cenę chce wnukowi znaleźć rodzinę zastępczą. Nie chce, aby trafił do domu dziecka. (more…)

Po kolana w śniegu – drugie przyjście zimy (wideo)

Thursday, January 25th, 2007


Najgorzej było i jest jednak na chodnikach. Drogowcy sprzątający ulice, zrzucali na nie śnieg. Pokonanie przejścia dla pieszych było problemem. Trzeba było przeskakiwać przez zaspy śniegu.

Tak było między innymi przy ulicach Legionowej i Skłodowskiej. Kłopoty mieli też pasażerowie autobusów. Trudno było wyjść ze “sto dwójki” przy placu Uniwersyteckim. Tutaj na chodniku była zaspa.

- Tam gdzie jeździłem rano nie były odśnieżone ulice. O postojach nie wspomnę. Tam leżała gruba warstwa śniegu. Sami musieliśmy sobie radzić – mówi jeden z taksówkarzy.

- A nam się zima podoba – mówi para, którą spotkałem przy sądzie okręgowym. – Ale chodniki powinny być odśnieżone.

Od rana do poradni ortopedycznej zgłosiło się kilkadziesiąt osób. Jak mówią lekarze przypadków zwichnięć, złamań i stłuczeń jest dużo więcej niż dotychczas. Apelują do pieszych o ostrożność.

Autor artykułu:

Na bocznym torze

Wednesday, January 24th, 2007


Podopieczne Natalii Tobolskiej ciągle liczą się w walce o I ligę. W czym tkwi sekret udanych występów akademiczek?

- Gramy bez presji wyniku, dla własnej przyjemności. Dzięki temu w drużynie jest bardzo dobra atmosfera. Ciekawym przeżyciem jest także praca z trenerem kobietą. Na pewno lepiej rozumie nasze potrzeby – wyjaśnia Gosko.

Siatkarki zdają sobie jednak sprawę, że stać je na jeszcze lepsze wyniki.

- Miałyśmy kilka wpadek, przegranych meczów, które spokojnie powinnyśmy rozstrzygnąć na swoją korzyść. Oczywiście, robimy co możemy, ale czasami mamy problem ze zrozumieniem się z rozgrywającymi. Cały czas trenuję z pierwszym zespołem, a w II lidze tylko gram mecze. Na pewno stać mnie na dużo więcej, szczególnie w ataku – mówi Kulik.

Zakochana w siatkówce

Przed sezonem obie zawodniczki liczyły na grę w ekstraklasie. Działacze PRONAR ZETO ASTWA AZS Białystok postawili jednak na siatkarki z zewnątrz.

- Nie spodziewałam się, że będą aż tak duże przetasowania w składzie. Z jednej strony cieszę się, że cały czas gram w II lidze i nie siedzę na ławce w LSK, ale z drugiej strony, fajnie byłoby pograć trochę w ekstraklasie. Widocznie nie dorosłam jeszcze do tego poziomu. Kocham siatkówkę, więc tak czy inaczej nie zamierzam rezygnować z czegoś, co daje mi tyle radości – mówi smutno Gosko.

- Ciężko trenuję i mam nadzieję, że trener da mi jeszcze szansę zagrania wśród najlepszych zespołów w kraju. Na pewno będę cierpliwie czekać – dodaje bardziej optymistycznie Kulik.

Słabiej na wyjeździe

WSWFiT BTPS wymieniany jest w gronie głównych kandydatów do awansu. Obie zawodniczki ostrożnie podchodzą jednak do dalszej części sezonu.

- Na razie nikt z nas nie wspomina o wygraniu ligi. Chcemy odnieść jak najwięcej zwycięstw i dopiero wtedy powinny zacząć się rozmowy o naszej przyszłości – mówi Gosko.

Co najszybciej wymaga poprawy w grze drugoligowej ekipy?

- Myślę, że dużo lepiej możemy grać w bloku. A przestoje w grze? Takie są kobiety. Wiem, że jak się wygrywa dwa sety, to wszyscy oczekują także zwycięstwa w trzecim. To wina naszej natury, ale i koncentracji. Z jednej strony gra bez obciążeń bardzo pomaga, ale z drugiej, gdy nie ma jasno określonych celów łatwo o rozluźnienie – ocenia Gosko. – Na pewno lepiej możemy grać na wyjeździe. Kilka punktów na obcym terenie już nam uciekło – kończy Kulik.

Autor artykułu: Adam Gruberski

Na razie jest czas na bieganie, na granie przyjdzie później

Monday, January 22nd, 2007


Piłkarze Jagiellonii pracują nad formą w górach już od pięciu dni. Podopieczni trenera Ryszarda Tarasiewicza głównie biegają i ćwiczą na siłowni. Zajęcia są dość monotonne, ale jagiellończycy mają świadomość, że na tym etapie przygotowań nie może być inaczej.

- Jest czas na bieganie i jest czas na granie. Na razie musimy robić to pierwsze. Tak wygląda specyfika przygotowań do rundy wiosennej. Musimy się z tym pogodzić – mówi Ernest Konon.

Klimat pomaga

Zawodnicy przyznają, że nie za bardzo jest o czym opowiadać, bo każdy dzień podporządkowany jest ćwiczeniom, po których wszyscy mają ochotę już tylko na odpoczynek.

- Na nudę nie narzekam. Jestem nowy w drużynie, więc staram się jak najbardziej dotrzeć z resztą chłopaków. Kilku z nich już znałem, więc nie było mi tak trudno przełamać pierwsze lody – wyznaje Rafał Naskręt.

Były zawodnik Śląska Wrocław miał okazję być już wcześniej w Zieleńcu, kiedy drużynę z Dolnego Śląska prowadził duet Tarasiewicz – Waldemar Tęsiorowski.

- Można powiedzieć, że oba te zgrupowania wyglądają dość podobnie. Trener ma swoje metody i teraz również je stosuje. To dobre miejsce na budowanie formy.

Tutejszy klimat ma pozytywne właściwości i sądzę, że to przyniesie porządne efekty. Odczuwamy lekkie zmęczenie treningami, ale to normalne – dodaje Naskręt.

W cieniu tragedii

W trakcie zgrupowania w Zieleńcu trener Tarasiewicz przeżył osobistą tragedię – zmarł mu ojciec. Mimo to nie opuścił obozu i nadal prowadzi zajęcia.

- Wiemy, że to dla niego ogromny cios. Złożyliśmy mu kondolencje. To jego prywatne sprawy i robi wszystko, aby nie wpływały na przebieg obozu. Mimo tej sytuacji stara się normalnie prowadzić zajęcia – dodaje Konon.

Autor artykułu: (salim)