Obraz Floriana Henckel-Donnersmarcka w warstwie formalnej jest skrzyżowaniem filmu szpiegowskiego i melodramatu. Co gorsza, cechy gatunkowe przeniknęły też do sfery ideologii. W efekcie film zaludniają postaci niemożliwie romantycznych kochanków i tajnych agentów z ludzką twarzą, dokonujący wyczynów na miarę J-23 (młodej i bardzo młodej publiczności wyjaśniamy, że taki kod miał Hans Kloss ze “Stawki większej niż życie”). W tej menażerii papierowych gigantów zabrakło ludzi z krwi i kości. Może właśnie dlatego udaje się (w filmie) obronić przewrotną tezę, że – co prawda – Niemcy z NRD zasługują na miano posłusznych wykonawców rozkazów komunistycznej władzy, ale wszystko to dlatego, że… byli dobrymi ludźmi.
Źli, bo… dobrzy
Wzorcowym przykładem złego, bo dobrego człowieka, jest agent Stasi (odpowiednik polskiej SB). Łamie ludzi, dręczy ich psychicznie i fizycznie w czasie przesłuchań, ale te wszystkie sadystyczne zabawy spływają po jego czystej duszy jak woda po kaczce. A to dlatego, że w dręczeniu ludzi nie znajduje przyjemności – on służy sprawie najlepiej, jak umie. Do prześladowanych przez siebie osób nie żywi żadnej osobistej urazy. Traktuje je jak zagrożenie dla władzy, dla partii, której ślubował być tarczą i mieczem. Prywatnie jest skromny jak mnich – nie ma życia osobistego, wszystko oddał służbie. Choć postępuje bez-względnie, choć niszczy ludziom życie, to trudno oskarżyć go o złe intencje. I reżyser tego nie robi. Bo jak oskarżać człowieka, który wierzy w to, co robi i stara się swoją pracę wykonywać możliwie jak najlepiej? W Polsce być może budziłby odrazę – dla Niemca (wnioskuję tylko na podstawie filmu) może być osobnikiem godnym szacunku.
Podobnie kuriozalna jest konstrukcja postaci pary kochanków, których podsłuchuje nasz “dobry agent”. Christa-Maria Sieland, aktorka, i Georg Dreyman, dramaturg, starają się nie narażać władzy. Oboje flirtują z systemem: on jest bezpiecznym reżimowym dramaturgiem, ona sypia z ministrem. Cena, jaką płacą za możliwość uprawiania zawodu i dostatnie życie, jest wysoka, ale jakimś cudem nie wpływa niszcząco na ich psychikę. Co prawda ona kupczy swoim ciałem, jest lekomanką i podpisuje zobowiązanie do współpracy, ale dalej jest zdolna do romantycznej miłości, do szczerych porywów serca. Podobnie jej wybranek: nie traci poetyckiej weny, a zmysł moralny mu się nie przytępia. Po samobójczej śmierci prześladowanego przez władzę (zakaz wykonywania zawodu aktora) przyjaciela pisze krytyczny tekst, który zostaje opublikowany w demokratycznej RFN.
Naiwność czy nieudolność?
Oglądając “Życie na podsłuchu”, co chwila trzeba mierzyć się z pytaniem, czy mamy do czynienia z naiwnością, czy warsztatową nieudolnością debiutanta. Niby czytelna jest intencja Henckel-Donnersmarcka, by pokazać, że nawet w warunkach totalnej inwigilacji ludzie mogą i zachowują humanitarne odruchy, że uginanie się pod presją ma granice i nie zawsze prowadzi do moralnej deprawacji. Jednak nieporadny sposób realizacji zamienił tę ideę w karykaturę. Film odrzuca sztucznością, razi koturnowym aktorstwem, irytuje pokracznym wywodem intelektualnym. Jeżeli nawet taka historia zdarzyła się naprawdę, to w filmie wygląda kompletnie niewiarygodnie.
Po wszystkich nagrodach i nominacjach próbowano wokół “Życia na podsłuchu” sprowokować szerszą dyskusję. Niewiele z tego wyszło. Nic dziwnego. Jeżeli o czymś warto dyskutować w związku z tym filmem, to raczej o jego formie niż treści – raczej o karierze niewspółmiernej do jakości niż o etycznych dylematach Niemców z NRD.
Autor artykułu:
Jerzy Szerszunowicz