Archive for December, 2006

Ulga już wkrótce

Sunday, December 10th, 2006


Uchwała o zmianie wysokości opłat przy wykupie mieszkań pojawi się na sesji rady miejskiej w styczniu lub lutym. Projekt radni przygotują jeszcze w grudniu, ale nim trafi on pod obrady, muszą zająć się nim odpowiednie komisje rady – a te na razie nie zostały jeszcze wybrane.

W kwietniu nie wyszło

Dziś lokator komunalny może wykupić mieszkanie, dostając bonifikatę do 65 procent jego wartości, za kilka miesięcy sięgnie ona 85-90 procent. Czeka na to kilka tysięcy osób.

– Ludzie powinni mieć szansę wykupu swoich mieszkań za kilka tysięcy złotych. Póki co, za mieszkanie trzeba zapłacić 25-30 tysięcy – a dla wielu osób to bariera nie do pokonania – mówi Krzysztof Bil-Jaruzelski, radny miejski lewicy, który już w poprzedniej kadencji przygotował projekt uchwały, podnoszący wysokość bonifikat. Kilka miesięcy temu jego pomysł został zablokowany przez radnych prawicy i prezydenta Ryszarda Tura. W nowej kadencji sprawa jest znów otwarta.

– Chciałbym, żeby był to projekt grupy radnych. Ale nie jest ważne, kto go złoży, może to równie dobrze zrobić prezydent. Ważne, żeby w końcu załatwić tę sprawę – mówi Bil-Jaruzelski.

Teraz wyjdzie

Radni przygotowujący uchwałę mogą liczyć na poparcie prezydenta Tadeusza Truskolaskiego. Jednym z haseł jego kampanii wyborczej było podwyższenie ulg dla lokatorów.

– Ludziom trzeba dać prawo własności. Na pewno bonifikaty będą wyższe, za wykup mieszkania nie będzie trzeba płacić kilkudziesięciu tys. zł – mówi prezydent. Podkreśla jednak, że nie będzie rozdawania mieszkań – a takie pomysły pojawiały się podczas wcześniejszych dyskusji. – Nie zgodzę się na sprzedaż mieszkań za symboliczną złotówkę. Ludzie nie szanowaliby takiej własności – dodaje Truskolaski.

Kto za, kto przeciw

By przyjąć wyższe bonifikaty, radni będą musieli pokonać opór m.in. urzędników z Zarządu Mienia Komunalnego. Z ich wyliczeń wynika, że większe ulgi to same nieszczęścia – jeśli wzrosną, miasto straci rocznie około 1,5 miliona złotych.

Lokatorzy są innego zdania: im więcej właścicieli mieszkań, tym mniej jest potrzebny ZMK. – Bo chodzi nie tylko o własność. Lokatorzy zakładali wspólnoty. Od razu zauważyliby różnicę w wysokości czynszów – we wspólnotach jest on o jedną trzecią niższy niż w naliczany przez ZMK – mówi jeden z szefów wspólnoty mieszkaniowej.

Autor artykułu: Tomasz Żukowski

A to byli policjanci…

Sunday, December 10th, 2006


– To sprawa dla komendanta – uważa Adam Dębski, rzecznik wojewody podlaskiego. – Takie są przepisy.

– Dziwna historia, trzeba to dokładnie zbadać, czy ktoś zawinił – mówi Jacek Dobrzyński, rzecznik komendanta wojewódzkiego policji i dodaje, że skarga już została przekazana do naczelnika wydziału kontroli.

Odsiecz z Hajnówki

Pierwsza tura wyborów nie przyniosła w Czeremsze zdecydowanego zwycięzcy. Na placu boju zostali: poprzedni wójt Michał Wróblewski i Jerzy Szykuła, nauczyciel.

Policję miał za sobą Wróblewski, i to z całego powiatu. W wyborczą niedzielę na odsiecz do Czeremchy pośpieszyli też policjanci z Hajnówki.

– Zatrzymywali mnie trzy razy – pani Helena, właścicielka sklepu i dostawczego mercedesa, zawsze jest zdenerwowana, kiedy kontroluje ją drogówka. – Wtedy też trzęsły mi się ręce, bo włączyli koguta. A jakże, zatrzymywali na sygnale.

– Pani skąd nadjeżdża? – relacjonuje spotkanie ze stróżami prawa. – Jeden spisywał mnie, drugi otworzył tylne drzwi i zabrał się za pasażera, kazał pokazać dowód.

– Ty kierowca i z komitetu Szykuły, rozumiem, że cię spisują, ale za co mnie? Na tylnym siedzeniu siedzę, co do mnie mają? – dziwił się sąsiad, którego pani Helena podwiozła na głosowanie do domu kultury.

– A on i tak pewnie głosował na wójta – pani Helenie nie jest do śmiechu. Nie kryje rozczarowania wynikiem wyborów. Starała się. Kto chciał dojechać na głosowanie, nie żałowała benzyny. Jeździła, choć zatrzymywali. Raz koguta włączali miejscowi policjanci, innym razem lizakiem machali ci z Hajnówki.

– Naprawiła pani, co miała do naprawy w samochodzie? – usłyszała w czasie drugiej kontroli przy ul. Szkolnej, tuż za punktem wyborczym. I znowu był rozkaz: wymieniać nazwiskami, kogo wiezie.

Patrol z ul. 1 Maja

– Patrzę na znajomą i z nerwów podaję nazwisko swojej mamy. Tamta wystraszona poprawia mnie. Zamieszanie, oni poważni, robią notatki – opowiada.

A potem kolejna zmiana. Tym razem włączyli się do akcji policjanci z Czeremchy.

– Spójrz, kto za nami jedzie – usłyszała od męża, kiedy minęli ulicę 1 Maja. Za kierownicą siedział akurat małżonek.

– Wiele wyborów pamiętam. I za komuny, bo chodziłam zawsze, ale wtedy policji tak nie było widać, jak u nas w ostatnie. Czy to w porządku? Czy za demokracji im wolno?

Wyciągnęli lornetki

– Tu szkoła, tu dom kandydata Szykuły, a po przeciwnej stronie radiowóz. Wewnątrz policjant z lornetką, co za czasy? – dziwi się inny mieszkaniec. – I było tej policji…

Ludzie opowiadają, jak to Szykuła robił kurs z wyborcami i chciał ominąć patrol. Skręcił w las, oni za nim i go dopadli. Spisali, wypytali o nazwiska, kogo wiezie.

Krążyli i krążyli

Eugeniusz Tychoniuk też chciał zostać wójtem Czeremchy. Odpadł w pierwszej turze. – Mnie nie zatrzymywali, mnie obserwowali. Zatrzymywali tylko tych od Szykuły – opowiada. – Niedziela, po głosowaniu, stanąłem na przystanku PKS. Patrzę – jadą. Wypada jeden i do mnie: „Co tu robisz?” – krzyczy. „Stoję, co mam robić” – mówię. Znowu okrążyli przystanek i znowu krzyczą: „Co tu robisz?”.

– Policji było, jak nigdy – potwierdza to nawet Mikołaj Kondratiuk, który cały dzień woził ludzi autokarem wynajętym przez gminę. – Mnie nie zatrzymali.

– A czemu mieli go zatrzymywać, skoro za autokar płacił wójt, a w środku agitowali za wójtem – wie swoje członek komitetu Szykuły.

– Raz tam jedna powiedziała, żeby głosować na Wróblewskiego i tyle – Kondratiuk otwiera autokar i pokazuje, jak to ludzie jechali elegancko na wybory. Unieważnią? – pyta. – Jak tak, to jeszcze raz powiozę, czemu nie – uśmiecha się właściciel autokaru.

Zaćmienie przy urnie

Skargę na policjantów do wojewody napisał Zygmunt Kostowski, kandydował na wójta przed czterema laty i przegrał z Wróblewskim. To też były dziwne wybory. W czasie liczenia głosów w lokalu wyborczym zgasło światło. Kostowski nie szukał winnych wśród pracowników zakładu energetycznego. Dlatego teraz postanowił pomóc Szykule i został jego mężem zaufania. Przed głosowaniem wybrał się do Białegostoku po „fanar” – jak nazywa dużą latarkę, na wypadek gdyby znowu zgasili światło w czasie liczenia głosów.

– Stanąłem przed domem kultury już o piątej rano. Miałem torbę, w niej jadło, pojło, tę latarę i aparat fotograficzny. Nawet do kibelka przez cały dzień nie wychodziłem – opowiada Kostowski. Patrzył, przyglądał się kartom, ale – jak przyznaje – i tak nie upilnował. W lokalu, w którym był mężem zaufania, do urny wrzucono 111 kart bez pieczęci. Z tego sto głosów bez pieczęci na Szykułę – Kostowski nie może sobie darować, że raz go zagadali.

– U nas w komitecie musiała być jakaś wtyczka – ścisza głos Kostowski. – I na bieżąco ich informowała. Wtedy sprawy zaczęli regulować policjanci.

– Nie widziałem policjantów w niedzielę, bo nie mieszkam w Czeremsze i nie głosowałem – mówi wójt Michał Wróblewski. – Ale następnego dnia mi opowiadali, jak to mój konkurent dowoził ludzi. Pod fałszywymi nazwiskami jeździli!

Autor artykułu: Marzanna Łozowska

Marek Pieniążek: Pasowałem komuś do układanki

Thursday, December 7th, 2006


Kurier Poranny: Czy sprzedał Pan mecze z Arką Gdynia?

Marek Pieniążek, były dyrektor marketingu Jagiellonii Białystok: (Śmiech).

Dlaczego więc władze Jagiellonii złożyły zawiadomienie, że czterech zawodników i Pan mogliście mieć coś wspólnego ze sprzedażą meczów?

– To śmierdzi mi komuną. Jest takie powiedzenie, jak mamy człowieka, to paragraf się znajdzie. Ale w tym wypadku nie mogło być innej decyzji prokuratury, bo coś takiego nie miało miejsca.

Ale to były dziwne mecze. Dwie stracone bramki po błędach obrońców w pierwszym spotkaniu, w tym samobój. W drugim dwie stracone bramki w trzy minuty. Były domysły i dyskusje.

– Po drugim meczu oczywiście rozmawialiśmy na ten temat.Wynik był faktycznie bardzo niekorzystny. Straciliśmy dwie bramki i przeżywaliśmy to mocno, tym bardziej, że polecieliśmy na ten mecz fajną, koleżeńską ekipą.

Kto był winien tej porażki?

– Przy tak ważnym spotkaniu przyczyn porażki doszukuje się wszędzie. A to był naprawdę ważny dla nas mecz. Gdybyśmy wygrali, bylibyśmy w ekstraklasie. Zaprzepaściliśmy szansę i trudno szukać winnych.

Zna Pan trenera Arki Gdynia, taki był zarzut wobec Pana.Miał Pan utrzymywać z nim przyjacielskie stosunki. O którego trenera chodzi?

– Chodzi o Wojtka Stawowego. Ja dwa lata pracowałem w Krakowie, a on dwa lata był tam trenerem. Trudno było nie znać człowieka, który prowadził drużynę, kiedy ja zajmowałem w tamtym klubie stanowisko dyrektora marketingu. Nie mam pojęcia, dlaczego akurat moje nazwisko pojawiło się w tym zawiadomieniu. Komuś pasowałem do układanki, bo znałem Wojtka Stawowego. Ale ja znam dziewięć czy piętnaście tysięcy ludzi i co? Mam się tej znajomości teraz wyprzeć?

Jak dobrze Pan go znał?

– Spotykaliśmy się na imprezach integracyjnych firmy. Od czasu do czasu dzwoniliśmy do siebie.

Jak to możliwe, że prokuratura badała sprawę, a Pan o tym nic nie wiedział? W klubie nikt się nie zdradził?

– Sam się nad tym zastanawiam. Przez ostatnie pół roku nikt nigdy w klubie nie dał mi odczuć, że są jakieś podejrzenia. Spotykałem wszystkich na korytarzach, witaliśmy się, podawaliśmy sobie ręce, siadaliśmy przy jednym stole, dyskutując o pracy i planach na przyszłość. To była najnormalniejsza praca, jak przed meczem, tak i po meczu.

Nie pracuje Pan już w Jagiellonii.

– Tak, od czterech tygodni. Jestem na okresie wypowiedzenia, ale zwolniono mnie z obowiązku wykonywania pracy.

Dziękuję za rozmowę.

Autor artykułu: Marzanna Łozowska

Piłkarze: Chcieli się nas pozbyć

Thursday, December 7th, 2006


Po wygranej w Sosnowcu z Zagłębiem Jagiellonia dość niespodziewanie, rzutem na taśmę, zapewniła sobie prawo gry w barażach o ekstraklasę.

Pierwsze spotkanie z Arką Gdynia rozegrano 15 czerwca w Białymstoku. Jagiellonia przegrała 0:2, a oba gole dla gości padły po błędach naszych obrońców. Z przebiegu całego spotkania wynika, że zespół Arki był jednak drużyną lepszą i zwycięstwo, choć szczęśliwe, było w pełni zasłużone.

Rewanż w Gdyni wyglądał bardzo podobnie. Dwa błędy obrony i już po kilku minutach było 2:0 dla gospodarzy. Marzenia o ekstraklasie trzeba było odłożyć na kolejny sezon.

- Od razu wiedziałem, że będzie nam ciężko rywalizować z zespołem z I ligi. Przeciwnik dłużej utrzymywał się przy piłce, w jego grze było więcej spokoju. Z naszej strony na pewno było dużo zaangażowania, dużo chęci, ale to jest za mało, żeby wygrać z pierwszoligowcem – mówił po pierwszym meczu Jurij Szatałow, ówczesny trener Jagi.
Szukanie kozła ofiarnego
Mimo to kibice i działacze klubu byli zawiedzeni porażką. Pojawiły się głosy, że być może błędy zawodników nie były przypadkowe.

Zdaniem kibiców i zarządu, najbardziej podejrzanymi byli Arkadiusz Kubik i Robert Kolasa, którzy mieli swój udział w straconych bramkach w pierwszym meczu. Obaj nie zagrali w meczu rewanżowym. Oficjalnie nie chcieli, bo czuli się załamani oskarżeniami. Nieoficjalnie trener Szatałow dostał polecenie, by tych zawodników nie uwzględniać w składzie. Inni piłkarze Jagiellonii nie zaprzeczają, ale nie chcą podawać szczegółów. Jednak mówią o tym, że oskarżenia wydawały im się absurdalne.

- Po pierwszym meczu dochodziły do nas różne słuchy, ale nikt nie traktował ich poważnie. Byliśmy wściekli, bo mecz nam nie wyszedł – przyznaje kapitan drużyny Jacek Markiewicz. – W szatni byliśmy przekonani, że nic takiego nie było. Rozmawiałem z trenerem Szatałowem o całej sytuacji. Mówił mi, że są podejrzenia, że klub i kibice szukają kozła ofiarnego. Przyznawał, że nie wierzy w te oskarżenia i namawiał chłopaków, by zagrali w rewanżu. Sugerował im, że tylko w ten sposób mogą się oczyścić z zarzutów. Jednak z jakichś powodów nie zagrali -mówi Tomasz Moskal, były zawodnik Jagiellonii, który wystąpił w meczu z Arką.
To jest skandal!
Piłkarz przyznaje, że jest zaskoczony całą sytuacją i doniesienie do prokuratury na współpracowników i piłkarzy bez żadnych dowodów jest dla niego niewyobrażalne.

- To jest skandal! W profesjonalnym klubie takie sprawy powinno się załatwiać inaczej. A za taki właśnie uważam Jagiellonię. Prezes Strzałkowski musi zastanowić się nad tym, komu powierza prowadzenie klubu. W normalnej firmie ktoś, kto rzuca takie oszczerstwa, straciłby pracę – dodaje Moskal.

Równie mocno zaskoczeni całą sprawą są Kubik i Kolasa. – Jestem zdruzgotany. Nie wiem, co mam powiedzieć – przyznaje Kubik. – Żadnych sygnałów nie miałem. Nie byłem przesłuchiwany. Patrząc na to, jak teraz układają się nasze stosunki, mogę myśleć, że po prostu szukano powodu, aby pozbyć się nas z klubu. To zwykła amatorszczyzna – dodaje Kolasa.

Obaj piłkarze domagają się od Jagi zaległych wynagrodzeń i przyznają, że w kontekście sporu z klubem te oskarżenia ich nie dziwią. Są zadowoleni z umorzenia sprawy przez prokuraturę.

- Cieszę się, że prawda wyszła na jaw. Nie ma lepszego dowodu na naszą niewinność. Dostaliśmy prawdziwy prezent na Mikołaja. Szkoda tylko, że w tak perfidny sposób próbowano nas oskarżyć, a do tego w oczy kłamano i mówiono, że się nas o nic nie podejrzewa. Niech prezesi się teraz tłumaczą – twierdzi Kolasa.
Chodzi o pieniądze?
Oskarżenia wobec piłkarzy i Pieniążka, zdaniem innych zawodników Jagi, którzy chcą pozostać anonimowi, miały być elementem negocjacji dotyczących rozwiązania kontraktów, bez konieczności wypłaty wysokich wynagrodzeń. Tym bardziej, że w wielu klubach w kontraktach rzeczą normalną jest zapis o tym, że zwolnienie dyscyplinarne skutkuje utratą wszelkich premii, nie ma też wypłaty zobowiązań.

Sprawy Kubika i Kolasy dotarły w końcu do PZPN. Dowiedzieliśmy się, że Jagiellonii może grozić nawet utrata sześciu punktów i zakaz transferów.

Autor artykułu: Konrad Sikora

Jagiellonia – Arka: podejrzenia i krętactwa

Thursday, December 7th, 2006


Zawiadomienie przyjęto od jednego z szefów klubu – mówi Adam Kozub, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Białymstoku. Wobec braku dowodów, sprawa została umorzona.

- Prokurator, który prowadził sprawę, jest zorientowany, że przed dwoma tygodniami aresztowano prezesa Arki Gdynia i gdyby doszukał się jakiś związków, na pewno wróciłby do niej. A tak decyzja o umorzeniu jest już prawomocna. Zapadła po dwóch miesiącach od zawiadomienia.

- Zatrzymanie prezesa Arki Gdynia? No tak, może to jest jakiś trop. Może i warto się zastanowić, czy do tego nie wrócić – zastanawia się Andrzej Bura, zastępca prokuratora okręgowego w Białymstoku.
Umorzyli, ale pilnują
Z zawiadomienia, które wpłynęło do prokuratury dzień po rewanżowym meczu z Arką, wynika, że do przekupstwa miało dojść między 10 a 18 czerwca 2006 roku. Jakie dowody miały władze klubu?

W zawiadomieniu napisano: “Piłkarze (…) mogli sprzedać oba mecze barażowe Jagiellonii z Arką Gdynia, których stawką był awans do pierwszej ligi (…). Za powyższym przemawiać miała zła gra zawodników. Ponadto związek ze sprawą może mieć Marek Pieniążek, dyrektor marketingu Jagiellonii, który utrzymywał przyjacielskie stosunki z trenerem Arki…”.

Wiemy, że nikt nie przesłuchiwał ani piłkarzy, ani Pieniążka. W dokumencie uzasadniającym umorzenie czytamy jednak: “Pomimo umorzenia powyższa sprawa w dalszym ciągu pozostawać będzie w zainteresowaniu organów ścigania i w przypadku pojawienia się nowych, istotnych dowodów zostanie zbadana jeszcze raz”.

- Śledztwo dotyczące korupcji w polskim futbolu jest ogromne. Badamy wiele wątków, więc trzeba byłoby sprawdzić i ten. Do białostockiej sprawy można wrócić w każdej chwili – mówi Lesław Karpnia, rzecznik Prokuratury Okręgowej we Wrocławiu.
Nic nie widzą?
- Nie mogę rozmawiać, bo obowiązuje mnie tajemnica śledztwa – jeden z szefów klubu przyjmuje nas w swoim gabinecie. Każe wyłączyć dyktafon. – Nie składałem zawiadomienia, byłem tylko przesłuchiwany przez prokuratora. Macie złe informacje, nie składałem zawiadomienia – powtarza kilka razy. Unosi się z krzesła, kiedy pokazujemy mu fragment postanowienia, w którym jest napisane, że to on zawiadomił prokuraturę. Potwierdza jedynie, że był przesłuchiwany, sprawa została umorzona.

- Pierwsze słyszę o czymś takim – Wojciech Strzałkowski, właściciel klubu, jest zaskoczony informacją o postępowaniu w prokuraturze. Chce wiedzieć, skąd mamy takie informacje. – Skoro umorzyli postępowanie, to wszystko jest w porządku, nie ma sprawy – ocenia.

Ale sprawa jest; wieczorem szefowie Jagiellonii przyznali się, że nie pogodzili się z porażką i podjęli decyzję o zaangażowaniu w to policji i prokuratury. Tym bardziej, że słyszeli o wielkich pieniądzach, jakimi gdyńszczanie mieli kusić piłkarzy.

- Wiecie, w jaki głupi sposób padały gole dla Arki? – mówi szef Jagi. – Aż trudno uwierzyć, że były przypadkowe.
Piłkarze: To śmieszne oskarżenia
Rozmawialiśmy wczoraj z piłkarzami, których nazwiska pojawiały się w rozmowach dotyczących pogłosek o sprzedanym meczu. Między innymi chodziło o Arkadiusza Kubika i Roberta Kolasę, którzy mieli swój udział przy straconych bramkach w meczu 15 czerwca, kiedy graliśmy pierwszy baraż.

- Nie dostałem żadnego wezwania, nikt do mnie nie dzwonił. Sprawa jest po prostu śmieszna – mówi Kubik.

Dla Kolasy to także nowa wiadomość. Przyznaje jednak, że w rozmowach z prezesami pojawiały się oskarżenia pod jego adresem. – Kilka razy powtarzałem im, że jestem gotów na konfrontacje z ludźmi z Arki. Nie boję się dochodzenia – opowiada Kolasa.

Zaskoczony jest też Marek Pieniążek. – Jeden z szefów był moim kolegą. Teraz nie podam mu ręki. – To doniesienie kojarzy mi się z konfidenckimi metodami z czasów stalinizmu.

Autor artykułu: Marzanna Łozowska
Konrad Sikora

Tutaj uważaj szczególnie!

Wednesday, December 6th, 2006


Każdy kto jeździ po mieście ma swoją listę miejsc, w których staje się czujny, albo próbuje je ominąć. Przynajmniej w godzinach porannego i popołudniowego szczytu.

Przeklęty lewoskręt
Poniedziałek, godzina 15.30. Skrzyżowanie Mickiewicza z Ciołkowskiego. Stoimy na czerwonym świetle na Mickiewicza, chcemy skręcić w lewo. Przed nami z Ciołkowskiego w lewo, w stronę szpitala zakaźnego próbuje skręcić szary passat. W czasie jednej zmiany świateł nie ma szans tego zrobić. Skręca więc na czerwonym. I od razu hamuje, bo ruszają auta z Mickiewicza. Klaksony, ruch na pasie zablokowany, passat próbuje się cofnąć.
- No jak mam tu skręcić w lewo, skoro na wprost jedzie tyle samochodów, że ja mogę jechać, gdy zapali się im czerwone światło? Tyle, że wtedy to i ja mam już czerwone i zjeżdżam ze skrzyżowania łamiąc przepisy – denerwuje się pan Marek, przedstawiciel handlowy.
- Skrzyżowania Mickiewicza z Ciołkowskiego oraz mimo sygnalizacji – Ciołkowskiego z Branickiego – to rzeczywiście w godzinach szczytu pułapki. Samochodów jadących na wprost jest na tyle dużo, że na jednej zmianie świateł tworzą cały korowód, a skręcający w lewo muszą ich przepuścić. Niektórzy nie mają wyjścia i zjeżdżają na czerwonym, ryzykując kolizję – potwierdza Tadeusz Rutkowski, biegły sądowy i rzeczoznawca z zakresu techniki samochodowej i ruchu drogowego.
Do identycznych sytuacji dochodzi na skrzyżowaniu Wasilkowskiej i Andersa. Tutaj dodatkowo sprawę utrudniają ciężarówki i autobusy miejskie.
- Autobus to nie wyścigówka. To naprawdę sztuka skręcić z Wasilkowskiej w lewo, w kierunku Fabryki Dywanów – uważa Cezary Jabłoński, kierowca KPKM.

Tłoczno na Jurowieckiej
Odcinek Jurowieckiej, zamknięty skrzyżowaniami z Fabryczną z jednej strony i z Sienkiewicza z drugiej, to makabra i dla pieszych, i dla kierowców. Po pierwsze jest tu mnóstwo pieszych klientów bazaru, którzy często traktują jezdnię jak chodnik, po drugie duży ruch samochodów osobowych i dostawczych. Tutaj właśnie w listopadzie zginął pieszy, który wtargnął pod autobus, skręcający z Sienkiewicza w Jurowiecką.
- Tam są źle ustawione światła. Skręcający z Sienkiewicza ma zieloną strzałkę w prawo. Dla pieszych przechodzących po przejściu przez Jurowiecką zielone zapala się nieco później, więc kierowcy skręcający z Sienkiewicza, widzą że ludzie na przejściu jeszcze stoją, sami więc jak najprędzej skręcają w prawo. A wtedy zapala się zielone światło dla pieszych i nieszczęście gotowe – tłumaczy Daniel Kołnierowicz, szef sekcji ruchu drogowego w Komendzie Miejskiej Policji w Białymstoku.
Jedziemy sto metrów dalej. Stajemy, żeby przepuścić pieszych idących po przejściu – od dawnej zajezdni autobusów na ryneczek przy stadionie – i automatycznie blokujemy wyjazd wszystkim wyjeżdżającycm ze skrzyżowania z Fabryczną.

Wielki bubel za wielkie pieniądze
- Tego kto zaprojektował modernizację skrzyżowania Sienkiewicza z Legionową koło sądów, należałoby powiesić! Tak samo inwestora, czyli miasto, które się na taki koszmarek zgodziło. Za ciężkie pieniądze udało się… utrudnić przejazd i zmniejszyć przepustowość skrzyżowania. Zamiast poszerzyć skrzyżowanie i zrobić trzy pasy ruchu, jeden zlikwidowano – denerwuje się Tadeusz Rutkowski.
Ze Skłodowskiej w stronę sądu jest jeden kierunek zarówno dla jazdy na wprost, jak i do skrętu w prawo. – Jak kilka aut przede mną skręca w prawo i zatrzymuje się przed przejściem dla pieszych przez Legionową, to blokują mi ruch na wprost i stoję – potwierdza Tadeusz Łupiński, taksówkarz. – Podobnie jest z wyjazdem z Waszyngtona w Skłodowskiej. Tyle, że tam to nawet strzałki nie ma.
Miasto tłumaczyło, że skrzyżowania nie można było poszerzyć, bo uniemożliwiała to infrastruktura podziemna i zbyt duże koszty. Sytuację miała poprawić właściwie ustawiona sygnalizacja świetlna. Nie poprawiła.
- Skręcanie w lewo i w prawo jest bardzo trudne, przede wszystkim ze względu na krótki cykl zmiany świateł – skarży się Cezary Jabłoński, kierowca autobusu.
- Miało być lepiej, a jest tak, że w godzinach szczytu korki na Skłodowskiej ciągną się aż pod uniwersytet i zablokowany jest cały odcinek Skłodowskiej od ul. Waszyngtona po Legionową – burzą się kierowcy.

Policja wie swoje
- Najwięcej problemów kierowcy mają na skrzyżowaniach z wyspą centralną, jak na przykład przy Auchan, oraz na szerokich, dwupasmowych rondach, takich jak koło hotelu Gołębiewski – mówi Daniel Kołnierowicz. – Tam interweniujemy notorycznie.
Między innymi dlatego, że kierowcy objeżdżają rondo po zewnętrznym pasie, a inni zjeżdżają z wewnętrznego i stąd kolizje.
- Tu mamy pewien kłopot z interpretacją przepisów. Z jednej strony kierowca zmieniający pas ruchu powinien ustąpić temu co jest na pasie, z drugiej ten zjeżdżający z ronda ma pierwszeństwo. My karzemy mandatami obu, bo zewnętrzny pas ronda nie służy do jego objeżdżania, a zmiana pasa ruchu musi być zgodna z przepisami – mówi Kołnierowicz. – Pomogłoby lepsze oznakowanie pasów ruchu tuż przed rondem.

Poranek w korku
Wtorek, godzina 8. Na Dąbrowskiego oba pasy ruchu prowadzące do centrum miasta zapchane do granic możliwości. Przejechanie Placu Niepodległości przed kościołem św. Rocha o tej porze to w godzinach porannego szczytu to nieraz kilkanaście-kilkadziesiąt minut. Światła posuwających się wolno samochodów ciągną się chyba na kilometr albo i dalej, bo nikną gdzieś we mgle na alei Solidarności. W dole, na Antoniukowskiej, przed wjazdem na ślimak prowadzący na Dąbrowskiego, ślimaczy się kawalkada aut chcących wjechać na górę w tempie – kilkadziesiąt metrów jazdy na minutę stania.
Jedyne rozwiązanie to zbudowanie nowych mostów nad torami, które odciążyłyby wiadukt Dąbrowskiego. Takie plany już istnieją – przedłużenie ulicy Częstochowskiej do Sitarskiej (osiedle Białostoczek) i dalej na Antoniuk i Dziesięciny. Wtedy kierowcy mogliby dojechać do centrum omijając Plac Niepodległości. Z kolei wiadukt na przedłużeniu Zwycięstwa do ul. Kardynała Wyszyńskiego (nad dworcem PKP) przejąłby kierowców z osiedli: Młodych, Marczuk. Ale to plany odległe.
- Chciałbym to przyspieszyć. Nie wiem, czy zdążymy w ciągu czterech lat zrobić wszystko, ale zmierzamy do rozpoczęcia przynajmniej tej pierwszej inwestycji – zapewnia Tadeusz Truskolaski, prezydent Białegostoku.
Uwaga kierowcy!
1) Przy Auchan, rejon Andersa-Produkcyjna. To nie rondo, tylko normalne skrzyżowanie z wyspą centralną.
2) Wasilkowska-Andersa. Tu łączy się ruch miejski z tranzytowym. Jego natężenie przerasta możliwości sygnalizacji świetlnej. Najbardziej narzekają kierowcy autobusów.
3) Skłodowska-Legionowa. Brakuje jednego pasa ruchu.
4) Rondo Lussy, przy hotelu Gołębiewski. Kolizje objeżdżających rondo po zewnętrznej ze zjeżdżającymi z ronda.
5) Skrzyżowanie Ciołkowskiego z Mickiewicza i Nowowarszawską (przedłużenie Branickiego). Brak sygnalizacji gwarantującej bezpieczny lewoskręt, blokowanie ruchu na wprost.
Uwaga piesi!
1) Skrzyżowania Jurowieckiej z Sienkiewicza i Fabryczną. Źle ustawiona sygnalizacja.
2) Skrzyżowanie Piłsudskiego z Malmeda. Samochody jadące aleją zjeżdżają z górki. Duża prędkość, trzy apsy ruchu, jedni hamują przed przejściem inni niekoniecznie.
3) Przejście przez aleje Piłsudskiego przy banku Milenium – samochody poruszające się trzema pasamio ruchu najwyraźniej nadrabiają prędkością oczekiwanie na światłach przy Częstochowskiej. Duża prędkość, jedni hamują przed przejściem inni niekoniecznie.
4) Przejście przez Mickiewicza, vis a vis Kredyt Banku. Tuż przed przystankiem jest przejście. Podjeżdżający autobus zwalnia przed przystankiem i tym samym przed przejściem. Kierowcy hamujący autobus wyprzedzają popełniając dwa przestępstwya – wyprzedzają na przejściu i łamią podwójną ciągłą.

Autor artykułu: Rafał Malinowski

Obwożony jak Święty Mikołaj

Wednesday, December 6th, 2006


Kononowicz TwoimMikołajem”, a poniżej (uwaga, pisownia oryginalna): “Gwarantuję nie zapomniany wieczór Wigilijny z nie samowitym Mikołajem!!!!! Wizyty równiesz w szkołach i zakładach pracy. Gwarantujemy mnustwo niezapomnianych wrarzeń Tobie i Twojej rodzinie. Dzwoń natychmiast!!! Ilość zgłoszeń limitowana. Ryszard Tur niech nie dzwoni i tak nie przyjdę” – tak brzmi ogłoszenie, które pojawiło się właśnie na jednym z białostockich portali internetowych.
To nie żart
Dzwonimy pod podany numer telefonu, okazuje się, że to nie żart. Numer należy do Adama Czeczetkowicza z komitetu wyborczego Podlasie XXI wieku, pełniącego do tej pory funkcję rzecznika prasowego najbardziej znanego w Polsce kandydata na prezydentamiasta. Podajemy się za firmę, która chce wynająć oryginalnego Mikołaja na imprezę firmową.

- A ile państwo by dali? – pyta. Mówimy, że zazwyczaj wynajęcie Mikołaja z ogłoszenia kosztuje 50 zł, ale Czeczetkowicz odpowiada, że to zamało. Chce 300 zł. Co za to proponuje?

- Czysta improwizacja. On jest w tym najlepszy, sam stworzy klimat. Po prostu przyjdzie w stroju Mikołaja, powie coś w sobie właściwy sposób i wręczy prezenty – wyjaśnia pełnomocnik. – Tylko pani mi powie, jak się fakturę wystawia, bo my nigdy tego nie robiliśmy. I REGON-u nie mamy, ale może przez jakąś firmę… Tylko proszę zadzwonić do pana Krzysztofa. Pani powie, że to Adam załatwił dla niego, specjalnie.

Dzwonimy do Kononowicza. – Będę brodę miał, taką białą? – śmiech. – To dobrze, tylko proszę powiedzieć, żeby pan Adam do mnie przyjechał. A płatności to z nim trzeba ustalać.

Godzina 17. Do jednej z białostockich kawiarni wchodzi niepewnie Czeczetkowicz. Zapraszamy go na bok, aby porozmawiać o pieniądzach. – Potem załatwimy fakturę, ale pieniądze najlepiej od razu. Spiszemy jakąś umowę, po to daliśmy ogłoszenie, żeby zarobił nasz kandydat – tłumaczy mężczyzna. Pytamy, czy to Kononowiczowi mamy zapłacić. – Dla mnie. Ja wypożyczyłem strój. To kosztuje 100 złotych. Potem mu uszyjemy.
Do tańca i różańca
Do sali wchodzi Kononowicz w strojuMikołaja i słonecznych okularach, ale bez brody. “Oto Mikołaj XXI wieku” – zapowiada Czeczetkowicz. Za niedoszłym prezydentem wchodzimatka iMarek Czerniawski, także ze sztabu wyborczego.

- Sam pan na to wpadł? – pytamy Kononowicza. – Z rzecznikiem – odpowiada i spogląda w stronę Czeczetkowicza. – Przypadkowo. Ktoś rzucił hasło i daliśmy reklamę.Widać działa – cieszy się Czeczetkowicz. – Ja jestem obecnie na bezrobociu, zwolniono mnie z pracy w hipermarkecie. Dzisiaj się zapisałem jako bezrobotny, będę miał jedynie zasiłek, ale jestem przedstawicielem pana Kononowicza jako wolontariusz. Chcemy zrobić z nim kalendarz, gadżety, film. Różne firmy się do nas zgłaszają.

- Przez dwa dni Święty Mikołaj będzie w Gdańsku, jedzie do firmy, ale to już wie mój rzecznik – mówi Kononowicz. – A później będę zajączkiem. Ja jestem do tańca i do różańca.

Autor artykułu: Monika Kosz-Koszewska

Mamy kompletną drużynę

Tuesday, December 5th, 2006


Biało-czerwoni z Azji wracają ze srebrnymi medalami. Zdaniem trenera Mazura, czynnikiem decydującym o sukcesie polskiego zespołu była psychika siatkarzy. – Bardzo istotne było mentalne nastawienie zawodników, dążenie przez nich do celu. Polacy nie tylko mówili, że chcą wywalczyć medal, oni udowadniali to swoją ogromną dojrzałością na boisku. Wierzyli, że są silni, nie czuli słabości, grając z najlepszymi ekipami. Byliśmy kompletną drużyną. Nie mieliśmy gorszych elementów – uważa szkoleniowiec PZU AZS Olsztyn. – Oczywiście, cieniem na naszych występach w Japonii kładzie się finał z Brazylią. Nasz zespół nie był sobą. Zawodnicy byli zestresowani. Prowadząc Mariusza Wlazłego w Skrze Bełchatów, nie pamiętam, żeby tak zagrywał. Przeciwnik prezentował się wyjątkowo, bo my nic nie graliśmy. Ale daj Boże, żebyśmy z każdej imprezy wracali jako wicemistrzowie – dodaje trener Mazur.
Istotna jest głowa
Zespół PZU AZS w Japonii reprezentowało trzech graczy: Paweł Zagumny, Wojciech Grzyb i Michał Bąkiewicz. Ale szkoleniowiec olsztyńskiej ekipy doskonale zna pozostałych kadrowiczów. Z Wlazłym i Michałem Winiarskim, pracując w bełchatowskiej Skrze, zdobył w poprzednim sezonie mistrzostwo Polski. Z Grzegorzem Szymańskim, Piotrem Gruszką i Sebastianem Świderskim wywalczył w 1997 roku w Bahrajnie mistrzostwo świata juniorów. Jeśli w reprezentacji trener Mazur miałby kogoś wyróżnić, to wskazuje na Zagumnego i Świderskiego. – Z ręką na sercu mogę powiedzieć, że żaden zawodnik mnie nie zawiódł. Wszyscy stanęli na wysokości zadania. U rozgrywającego najbardziej istotna jest głowa. Paweł doskonale funkcjonował, prowadził grę bez zarzutu. Przyznanie mu tytułu najlepszego zawodnika na tej pozycji nie było w moim odczuciu żadnym zaskoczeniem – podkreśla były szkoleniowiec kadry.
Trenera Mazura na plus zadziwiła postawa dwóch drużyn: Bułgarii i … Polski. – Jeśli chodzi o naszą reprezentację, mieliśmy duże oczekiwania. Zaskoczyło mnie to, że wygrywaliśmy w takim stylu. Po Bułgarach spodziewałem się, że zajdą daleko, ale nie myślałem, że sięgną po medal. Niczym nie wyróżniły się takie zespoły jak Włochy czy Francja, ale pojawiły się nowe, w tym my i to jest pozytywne – twierdzi opiekun olsztynian.
Sukcesy przyjdą szybko
Wicemistrzostwo świata to olbrzymi sukces. Na medal czekaliśmy 32 lata. W reprezentacji są młodzi, perspektywiczni zawodnicy. Jest zatem nadzieja, że na kolejne fantastyczne osiągnięcia siatkarzy nie będziemy musieli już tak długo czekać. – W sporcie trudno jest przewidywać. Jeśli Polacy nie zejdą poniżej określonego poziomu i będą prezentować się tak, jak w Japonii to w moim przekonaniu, kolejne sukcesy przyjdą szybko – kończy Mazur.

Autor artykułu: Sylwia Kowalczyk
skowalczyk@poranny.pl

Kwestia smaku

Saturday, December 2nd, 2006


Prof. Jerzy Kopania, etyk: Nie chcę się nad tym rozwodzić. Współczuje taki osobom jak pan Kononowicz i uważam, że ludzie którzy za nim stoją postępują podle. Po prostu wykorzystali tego człowieka.

n Teraz weszli w biznesowy układ z białostocką firmą i chcą czerpać zyski z tego, że Krzysztof Kononowicz jest tak rozchwytywany. Będą sprzedawali gadżety z jego nazwiskiem lub wizerunkiem. Zapowiadają jednak, że profity trafią do Kononowicza.
– Cóż, komercja jest komercją i rządzi się swoimi prawami. W tym już nie widzę nic szczególnie nagannego. To raczej kwestia smaku. A dla pana Kononowicza nawet kilkaset złotych to jest duży zastrzyk finansowy, więc czemu ma nie skorzystać.

n Jak się ta „heca” skończy?
– Wszystko ucichnie za kilka miesięcy.

n A z okazji nowych wyborów nie będzie kolejnej próby wylansowania Kononowicza?
– Nie. Sadzę, że nie. Nie da się już tego powtórzyć. To był jednorazowy fenomen.
Dziękuję za rozmowę.

Autor artykułu: Rozmawiała: Urszula Dąbrowska.

Koszulki, kapsle, smycze

Saturday, December 2nd, 2006


Adam Czeczetkowicz, pełnomocnik Krzysztofa Kononowicza: Ja? Absolutnie! Jestem wolontariuszem, nie liczę na żadne zyski. Chodziło przede wszystkim o to, żeby uregulować sprawy związane z wykorzystaniem nazwiska i wizerunku Krzysztofa Kononowicza. Będzie to się odbywać za jego zgodą. Ta firma będzie miała prawa do produkowania gadżetów, które można będzie zamówić na oficjalnej stronie internetowej.
l Pan szukał tej firmy?
– Nie. Firma zgłosiła się sama.
l Może Pan podać jej nazwę?
– Nie, bo na razie nie zostały jeszcze uzgodnione wszystkie szczegóły umowy. Powiem tylko tyle, że jest to firma z Białegostoku.
l I jakie to będą produkty?
– To, co się produkuje na takie okazje: koszulki, kubki, smycze.
l Dużo tego ma być?
– O tym trudno teraz mówić, bo to jeszcze wstępne przymiarki. Zobaczymy jakie będzie zapotrzebowanie. Dobrze, żeby pan Kononowicz miał coś z tego.
l A ile będzie miał? Jakie są warunki umowy?
– To tajemnica. O zyskach nie będę się wypowiadał w procentach, w każdym razie pan Kononowicz ma z tego dużą pulę, wystarczającą. To jest jego wizerunek, jego zasługa, on zyskał sławę.
l Pan nadal reprezentuje Kononowicza jako pełnomocnik i rzecznik?
– Tak, ale od razu informuję, że nie biorę za to żadnych finansowych profitów. Wszystko co uzgodniliśmy z tą firmą, należy się i idzie na konto Krzysztofa.
l Mówił, na co zamierza wykorzystać te fundusze?
– Na razie tych zysków jeszcze nie ma. Nie dzielmy skóry na niedźwiedziu. Na pewno nie przepije, jak inni, bo jest abstynentem. A pieniądze są mu bardzo potrzebne, bo jest bezrobotny.
l A jednak Pan wykorzystuje popularność, którą zdobył Kononowicz?
– To jest zazdrość ludzi, którzy nie wpadli na taki pomysł, nie są przy tym i nie mogą się pogodzić z tym, że nam się udało. Cóż ja poradzę na to, że pan Krzysztof jest taki popularny? Zasłużył sobie na to. Nikt tego nie przewidział. Samo się stało.
l Zamierzacie prowadzić dalej działalność polityczną?
– O takich planach nie będę mówił, bo zobaczymy, co życie przyniesie. Spokojnie, bez paniki, nie będziemy niczego robić na siłę.
l Krzysztof Kononowicz dostał jakąś propozycje, na przykład pracy?
– Nie. Na razie oprócz sławy nic nie zyskał, ani on, ani ja. Ja natomiast straciłem pracę. Właśnie przez ten sukces. Na drugi dzień po wyborach zostałem zwolniony z pracy.
l Z jakich powodów?
– Żadnych. Motywacja była taka, że musimy się rozstać za porozumieniem stron albo dyscyplinarnie, nie było dyskusji. To jest firma międzynarodowa, decyzja przyszła prawdopodobnie z Warszawy. Przecież to oczywiste, żyjemy w państwie rządzonym przez bogatych, biedni nie mają nic do powiedzenia. Pan Kononowicz miał wizję rozwoju Białegostoku i gdyby został prezydentem na pewno sytuacja byłaby inna.
l Ma Pan jakieś plany polityczne?
– Chcę założyć stowarzyszenie, może jakiś ruch. Tylko musimy trochę okrzepnąć. Za dużo się dzieje, nie ogarnęliśmy jeszcze tego wszystkiego co się stało, nie zdążyliśmy przeczytać wszystkich publikacji na nasz temat. Wiem jedno, na pewno trzeba to pociągnąć, bo nie ma sensu bezcelowo takiego fajerwerku puścić w niebo. Ja w każdym bądź razie nie dopuszczę, żeby się zmarnował taki biznes.
l Dziękuję za rozmowę.

Autor artykułu: Rozmawiała: Alicja Zielińska