Nigdy się nie pogodzę ze śmiercią syna. Skończył dopiero dwadzieścia lat. Miał całe życie przed sobą – mówi Stanisław Markowski.
Jaki był Daniel? Pani Barbara uśmiecha się promiennie i przez moment wydaje się być najszczęśliwsza w świecie. Wspaniały, kochany, grzeczny. Bardzo lubiany przez kolegów, koleżanki.
- Przykrego słowa od niego nie usłyszałam. Mnie się wymknęło czasem cholera, to zwracał uwagę. Jak możesz, mamuśka. Zawsze tak mówił – Barbarze Markowskiej łamie się głos. Daniel był najmłodszy z trójki ich synów. Studiował automatykę i robotykę na Politechnice Białostockiej.
Dlaczego zginął?
10 stycznia 2004 roku wyjeżdżała z mężem za granicę. Nie chciało jej się. Jakby coś powstrzymywało. To przeczucie, tak mówi dziś. I jakieś złe sny miała. Opowiadała synom, aż Daniel zażartował, że jeszcze coś wykracze.
Byli w Niemczech, gdy zadzwonił telefon. Niedziela, nad ranem. Syn Przemek krzyczał przeraźliwie, że Daniel nie żyje, że pobili go na dyskotece. To co wtedy przeżyli nie da się opowiedzieć.
Wracali, a jej w głowie huczała jedna myśl: co się stało? Ani chuliganem był, ani w jakim złym towarzystwie się obracał. Może od kogoś pieniądze pożyczył? Chociaż nie… Starali się, żeby miał na co trzeba
Pobili go koledzy
Prawda okazała się straszniejsza niż mogli przypuszczać. Daniela pobili koledzy. – Jeden z nich Krzysztof K. – pani Barbara nie może o tym spokojnie opowiadać – przychodził do nich, do klubu, gdy prowadzili go na osiedlu. Grał z Danielem w bilarda. A wtedy pod Herkulesami on bił i kopał ich syna w głowę…
I za co? Za to, że Daniel nie powiedział, gdzie jest kolega, który zranił kilka dni temu Krzysztofa w twarz. To oni mieli ze sobą porachunki, a zginął Daniel. I co więcej, ten kolega nawet się nie zgłosił na policję, uciekł za granicę. Gdyby opowiedział o wszystkim, śledztwo nie ciągnęłoby się tak długo.
Rana do końca życia
Barbara Markowska płakała za każdym razem, jak sędzia odczytywał okoliczności śmierci ich syna.
- Nie ma dnia, nie ma godziny, żebym nie myślała – mówi o synu. – Wystarczy, wejdę do jego pokoju, zobaczę książkę, jakąś rzecz i już mi staje przed oczami.
- Może z latami człowiek się pogodzi, ale na razie to wciąż rana nie zagojona. Odtąd nic już nie jest takie same. I my już jesteśmy zupełnie innymi ludźmi – powtarza ze łzami w oczach.
Nie mogą się pogodzić z wyrokiem.
- Dla mnie to nie jest kara – mówi Stanisław Markowski. – Sześć i dziesięć lat więzienia za taki straszny czyn? Oni byli i są zabójcami mego syna.
Autor artykułu: Alicja Zielińska