Archive for December, 2006

Całe życie było przed Danielem

Tuesday, December 26th, 2006


Nigdy się nie pogodzę ze śmiercią syna. Skończył dopiero dwadzieścia lat. Miał całe życie przed sobą – mówi Stanisław Markowski.

Jaki był Daniel? Pani Barbara uśmiecha się promiennie i przez moment wydaje się być najszczęśliwsza w świecie. Wspaniały, kochany, grzeczny. Bardzo lubiany przez kolegów, koleżanki.

- Przykrego słowa od niego nie usłyszałam. Mnie się wymknęło czasem cholera, to zwracał uwagę. Jak możesz, mamuśka. Zawsze tak mówił – Barbarze Markowskiej łamie się głos. Daniel był najmłodszy z trójki ich synów. Studiował automatykę i robotykę na Politechnice Białostockiej.

Dlaczego zginął?

10 stycznia 2004 roku wyjeżdżała z mężem za granicę. Nie chciało jej się. Jakby coś powstrzymywało. To przeczucie, tak mówi dziś. I jakieś złe sny miała. Opowiadała synom, aż Daniel zażartował, że jeszcze coś wykracze.

Byli w Niemczech, gdy zadzwonił telefon. Niedziela, nad ranem. Syn Przemek krzyczał przeraźliwie, że Daniel nie żyje, że pobili go na dyskotece. To co wtedy przeżyli nie da się opowiedzieć.

Wracali, a jej w głowie huczała jedna myśl: co się stało? Ani chuliganem był, ani w jakim złym towarzystwie się obracał. Może od kogoś pieniądze pożyczył? Chociaż nie… Starali się, żeby miał na co trzeba

Pobili go koledzy

Prawda okazała się straszniejsza niż mogli przypuszczać. Daniela pobili koledzy. – Jeden z nich Krzysztof K. – pani Barbara nie może o tym spokojnie opowiadać – przychodził do nich, do klubu, gdy prowadzili go na osiedlu. Grał z Danielem w bilarda. A wtedy pod Herkulesami on bił i kopał ich syna w głowę…

I za co? Za to, że Daniel nie powiedział, gdzie jest kolega, który zranił kilka dni temu Krzysztofa w twarz. To oni mieli ze sobą porachunki, a zginął Daniel. I co więcej, ten kolega nawet się nie zgłosił na policję, uciekł za granicę. Gdyby opowiedział o wszystkim, śledztwo nie ciągnęłoby się tak długo.

Rana do końca życia

Barbara Markowska płakała za każdym razem, jak sędzia odczytywał okoliczności śmierci ich syna.

- Nie ma dnia, nie ma godziny, żebym nie myślała – mówi o synu. – Wystarczy, wejdę do jego pokoju, zobaczę książkę, jakąś rzecz i już mi staje przed oczami.

- Może z latami człowiek się pogodzi, ale na razie to wciąż rana nie zagojona. Odtąd nic już nie jest takie same. I my już jesteśmy zupełnie innymi ludźmi – powtarza ze łzami w oczach.

Nie mogą się pogodzić z wyrokiem.

- Dla mnie to nie jest kara – mówi Stanisław Markowski. – Sześć i dziesięć lat więzienia za taki straszny czyn? Oni byli i są zabójcami mego syna.

Autor artykułu: Alicja Zielińska

Strzały po nocy

Tuesday, December 26th, 2006


Po strzale pijanego funkcjonariusza napastnicy uciekli. Do niecodziennego zdarzenia doszło w poniedziałek w nocy.

Rzecz działa się przed dyskoteką w Nowym Dworze, gdzie w pierwszy dzień świąt bawiło się kulkuset młodych ludzi. Od dwóch pograniczników na słuzbie zionęło alkoholem. Przed dyskotekę przyjechali z ułańską fantazją – choć nie na rumakach tylko terenowym land roverem. Zaraz zaczęła się rozróba.

Kto widział, kto słyszał

– Widziałam samochód strażników około godziny 23. Z opowieści wiem, że młodzież sprowokowała zajście. Poszło o jakieś petardy. Była słowna utarczka, przepychanka i nagle wystrzał – opowiadała nam Jadwiga Waliewska z Nowego Dworu, mieszkająca tuż obok Domu Kultury, w którym była dyskoteka.

– Strażnicy próbowali się bronić, pech chciał, że byli pijani – mówili wczoraj w Nowym Dworze.

Strzał ostrzegawczy

– Ustalilismy, że nasi funkcjonariusze zajechali przed dyskotekę. Tam zaczepili ich miejscowi i obrazili. Awantura przerodziła się w przepychankę, groziło im pobicie. Jeden z funkcjonariuszy widząc, że przeciwników przybywa, ostrzegł, że użyje broni, a następnie strzelił w powietrze – relacjonuje mjr. Anna Wołoszyn, rzecznik Podlaskiego Oddziału Straży Granicznej w Białymstoku. – Ludzie się natychmiast rozbiegli, ale nikomu nic się nie stało.

Obaj pogranicznicy to młodzi ludzie, którzy byli w okresie służby przygotowawczej. Przez trzy lata są oceniani przez przełożonych. Po tym incydencie, prymusami raczej nie zostaną. I to mimo że munduru bronili dzielnie, a broni użyli – jak na ironię – ponoć zgodnie z regulaminem.

Nie w tym miejscu, nie w tym stanie

– Jeden miał ponad półtora promila alkoholu, drugi ponad dwa i pól promila, co nie może się zdarzyć na służbie. Oddalili się z miejsca, gdzie być powinni. I z tych powodów nie będzie dla nich miejsca w naszych szeregach – dodaje Anna Wołoszyn.

Obaj zostali zabrani przez Straż Graniczną. Później przekazani policji, która wyjaśnia, dlaczego pili na słuzbie i dlaczego strzelali.

Autor artykułu: Rafał Malinowski

E-podpis ułatwi nam życie

Tuesday, December 26th, 2006


Nikt nie ma wątpliwości: podpis elektroniczny umożliwi łatwiejszy i szybszy obrót dokumentami.

W urzędzie miejskim zamontowano specjalne czytniki. Naczelnicy dostali także karty z własnymi zaszyfrowanymi podpisami. Premiera za kilka dni, na początek przyszłego roku.

Co zmieni podpis elektroniczny? Dokumenty, które muszą być sprawdzone przez kilka wydziałów rozbitych po całym Białymstoku, będą szybciej i sprawniej trafiać do swoich adresatów. – Teraz wystarczy, że dokumenty będą przesyłane wewnętrzną siecią lub przez Internet – wyjaśnia Tomasz Ćwikowski, rzecznik prasowy magistratu. Po ich sprawdzeniu, urzędnicy będą mogli wydać swoją decyzję, złożyć pod nią swój elektroniczny podpis i przesłać dalej.

- Przed wydaniem pozwolenia na budowę, dokumenty krążą pomiędzy naszym wydziałem, wydziałem architektury, mienia i ochrony środowiska. Wszystko trwa do dwóch tygodni. Niedługo załatwimy to w dwa dni – podkreśla Jerzy Tokajuk,naczelnik wydziału planowania i zagospodarowania przestrzennego.

E-podpis ma ułatwić życie przede wszystkim białostocznom. – To bardzo dobry pomysł- mówi Krzysztof Rogalski, który prowadzi w Białymstoku hurtownię. – Czasami stanie w kolejkach w urzędzie zajmuje cały dzień. Wolę wydać już około 500 zł i mieć święty spokój.

Pięćset złotych trzeba wydać na początek, gdyż aby posługiwać się e-podpisem trzeba mieć specjalny czytnik kart i kartę z zaszyfrowanym wzorem naszego podpisu.

Co można załatwić w urzędzie miejskim po wprowadzeniu e-podpisu – jutro nasz poradnik

Autor artykułu: Agnieszka Kaszuba

Gwiazdy w Suwałkach

Monday, December 18th, 2006


Chętnych do obejrzenia piłkarskich zmagań z udziałem gwiazd było znacznie więcej, aniżeli mogła pomieścić hala MOSiR. Wiele osób nie weszło do środka. A było na co popatrzeć.

- Nieważne, kto wygrał. Liczy się to, że daliśmy wszystkim kibicom sporą dawkę emocji i radości. Cieszę się, że tak wielu kolegów przyjęło moje zaproszenie – mówi Kowalewski, organizator imprezy.

Najlepszą drużyną turnieju byli zdecydowanie Litwini z Donatasem Venceviciusem i Grażvydasem Mikulenasem w składzie.

- Reprezentowaliśmy nasz kraj, więc wypadało zagrać na najwyższym poziomie. Ale nie zapominamy, że to tylko zabawa – przyznaje Mikulenas.

Poznał się z Golańskim

Emocjonujący przebieg miało spotkanie “Spartakusa“ z reprezentacją Ekstraklasy. Paweł Sobolewski, jeszcze niedawno piłkarz Jagiellonii, wystąpił przeciwko swojemu nowemu koledze z Korony Kielce – Pawłowi Golańskiemu. Zespół gospodarzy okazał się lepszy od byłych i obecnych pierwszoligowców.

- Może to i jakiś dobry znak. Postaram się w ekstraklasie grać równie widowiskowo. Szkoda, że w Białymstoku nie ma takiego turnieju. Mógłbym pożegnać się z kibicami – mówi Sobolewski.

Czarowała urodą

Oprócz “Sobolka“ i Kowalewskiego barw “Spartakusa“ bronili jeszcze m.in. Piotr Petasz, do niedawna zawodnik ŁKSBrowar Łomża, Szymon Kołecki, mistrz Europy w podnoszeniu ciężarów, Diana Bielińska, drugoligowa piłkarka z GOSiR Piaseczno, która oprócz umiejętności piłkarskich czarowała publiczność swoją urodą oraz Piotr Stokowiec, świeżo upieczony trener Wigier Suwałki, który na turnieju oficjalnie został przedstawiony miejscowej publiczności i otrzymał pamiątkową koszulkę nowego klubu.

W barwach ligowców oprócz Golańskiego zagrali m.in. Dariusz Czykier, Jacek Kacprzak, Andrzej Szyszko i Arkadiusz Klimek.

- Cieszę się, że jeszcze o mnie pamiętają. Fajnie znów na chwilę wrócić do ekstraklasy – przyznaje z uśmiechem na twarzy Czykier.

Smutni dziennikarze

Najmniej powodów do radości miała Reprezentacja Polski Dziennikarzy, która przegrała trzy mecze.

- Zlali nas wszyscy porządnie. Ale co się dziwić, skoro wybiegli naprzeciw nam prawdziwi profesjonaliści – nie ukrywa Rafał Patyra z telewizyjnej “Jedynki“.

Oprócz emocji piłkarskich, nie zabrakło prezentów od Świętego Mikołaja. Licytowano również koszulkę Kowalewskiego, w której występował w Spartaku Moskwa, szaliki i inne gadżety piłkarskie. Widzowie odbierali je z rąk aktora Piotra Szwedesa. Asystował mu kajakarz Marek Twardowski. Obaj równie chętnie jak piłkarze pozowali do zdjęć i rozdawali autografy.

Dochód z turnieju Stowarzyszenie “Spartakus“ przekaże na zakup sprzętu sportowego dla uczniów suwalskich szkół podstawowych.

Autor artykułu: Konrad Sikora

Zarabiaj z rozmachem

Monday, December 18th, 2006


Masz więcej gotówki? Wcale nie musisz jej trzymać w banku. Możesz postąpić oryginalnie – zainwestować w dzieła sztuki, klejnoty, wartościowe kolekcje lub w nieruchomości.

Alternatywnych możliwości inwestowania jest wiele. Ale, jak podkreśla Michał Macierzyński, analityk finansowy portalu Bankier.pl, nie są one dla każdego.

- Inwestycje tego typu zawsze obwarowane są dużym ryzykiem – mówi. – Może się bowiem zdarzyć, że nie będzie komu odkupić od nas gromadzonych dzieł sztuki czy wartościowych kolekcji. Dlatego osoby, które mają mniej pieniędzy, powinny trzymać się standardowych sposobów oszczędzania.

Dzieła sztuki dla najbogatszych

W dzieła sztuki inwestują zazwyczaj najbogatsi. Chcąc urozmaicić swój portfel, lokują w ten sposób 5-10 proc. oszczędności. Jak twierdzą doradcy finansowi, jeśli zainwestowane pieniądze mogą pracować przez dłuższy czas, to wszystko może przynieść zyski. Można więc kupić np. całą piwniczkę win. Wraz z upływem lat, rocznik będzie coraz droższy i coraz bardziej poszukiwany. “Wybrani” kupują też monety kolekcjonerskie, znaczki – białe kruki, kolekcje lalek porcelanowych…

- W ostatnich latach modne staje się lokowanie pieniędzy w obrazy znanych polskich malarzy, np. Kossaka – mówi Michał Macierzyński. – Coraz większą popularnością cieszą się też dzieła mniej znanych autorów, jeszcze żyjących. Istnieje duża szansa, że w przyszłości ich wartość znacznie wzrośnie.

Na razie w Polsce alternatywne formy oszczędzania nie są tak popularne jak w Europie Zachodniej, bo na ekstrawagancję w oszczędzaniu mogą pozwolić sobie bardzo bogaci, a więc nieliczni. Statystyczny Kowalski wybiera lokatę bankową lub skarpetę. Dlatego też nie ma fachowych instytucji, które pomagałyby inwestować w dzieła sztuki, kolekcje, itp. – Wyjątek stanowi kilka banków, które mogą to zrobić na specjalne życzenie swoich klientów bankowości prywatnej – mówi Michał Macierzyński.

Kupuj na obrzeżach, sprzedasz z dużym zyskiem

Kiedyś, za czasów PRL-u, złoto i biżuteria – obok dolarów – uważane było za najlepszą formę lokaty kapitału. Teraz jest inaczej. Cena złota nie rośnie. Poza tym, zawsze pojawia się problem z przechowywaniem – nie możemy przecież trzymać tak watrościowych rzeczy w domu. Trzeba “zorganizować” skrytkę bankową. Dziś zamiast złota statystyczny Kowalski woli kupić ziemię, działkę lub mieszkanie. Nieruchomości w ostatnim czasie cieszą się bardzo dużym zainteresowaniem. Ich cena rośnie w zawrotnym tempie. Dlatego coraz częściej kupujemy je w celach spekulacyjnych, czyli po to, by za jakiś czas sprzedać z dużym zyskiem. Co do tego, że ich ceny będą jeszcze wyższe, nie ma wątpliwości. Pod tym względem nadal jesteśmy daleko za Unią Europejską.

Jak podkreśla Paweł Majtkowski, doradca finansowy z Expandera, wystarczy popatrzeć na przykłady innych krajów. W Madrycie czy Dublinie ceny mieszkań wzrosły o ponad 100 proc. od czasu przystąpienia Hiszpanii i Irlandii do Wspólnoty. W Polsce też obserwuje się podobne zjawisko, szczególnie w dużych miastach i rejonach atrakcyjnych turystycznie, np. na Mazurach.

Jeśli nie mamy wystarczającej gotówki, możemy zaciągnąć kredyt, zwłaszcza na zakup mieszkania. Nie jest to wcale takie ryzykowne, bo może ono… zarabiać. Z pieniędzy za wynajem możemy spłacać raty.

- Trzeba jednak pamiętać, że kupując mieszkanie zarabiamy nie na wynajmie, tylko na wzroście wartości rynkowej – stwierdza Michał Macierzyński. – Jeśli chcemy dobrze zarobić na nieruchomościach, musimy kupić tanio i sprzedać drogo.

Dlatego też, aby dużo zyskać, trzeba wykazać się sprytem. Warto zainwestować w mieszkania, ziemię bądź działki zlokalizowane na obrzeżach miast, za które zapłacimy o wiele mniej. Aglomeracje rozrastają się bardzo szybko i wraz z rozwojem infrastruktury coraz więcej osób przenosi się na przedmieścia. Po latach będziemy mogli sprzedać nieruchomość z dużym zyskiem. Ci, którzy 10 lat temu kupili ziemię poza miastem, teraz sprzedają działki budowlane, zarabiając na tym krocie.

Można też spróbować przewidzieć, gdzie za jakiś czas nieruchomości mogą być w cenie, np. gdzie mogą powstać droga, autostrada lub centrum handlowe. I jeszcze jedno – szukając dużego zarobku, nie upierajmy się przy tym, by kupować wyłącznie w swoim mieście bądź regionie.

Artykuł w ramach akcji “Żyj ekonomicznie”, organizowanej we współpracy z NBP.

Autor artykułu: Barbara Kociakowska

Jeden towar, dwie ceny

Monday, December 18th, 2006


Piotr Złotkowski, student prawa, robiąc zakupy w Makro, natknął się na przypadek podwójnych cen. Inną oferowano na stoisku, a inna pojawiła się na paragonie. Znał swoje prawa i zażądał, by sprzedano mu towar po niższej cenie. Kosztowało go to sporo nerwów.

- Postanowiłem kupić rzeczy do nowego mieszkania, pojechałem do Makro. Wybrałem kilkadziesiąt artykułów. Oczywiście ja, jak i większość klientów robiąc duże zakupy w hipermarketach, zapamiętuję tylko kilka cen – mówi młody mężczyzna.

Kosztowna promocja

Klient dobrze zapamiętał jednak cenę odkurzacza i kabla telewizyjnego.

- Okazało się, że dwie ceny są znacznie zawyżone. Dotyczyło to odkurzacza, który według zapewnień doradzającego mi sprzedawcy, jest w promocyjnej cenie, czyli kosztuje 99 złotych netto. Ta sama cena była na wielkim billboardzie promocyjnym. Z kolei kabelek miał kosztować 7,69 złotych netto – wylicza pan Piotr. – Jakie było moje zdziwienie, gdy przy kasie kazano mi zapłacić odpowiednio 119 złotych i 9,69 złotych.

Klient usłyszał tylko: “Jak panu nie pasuje, może pan nie brać”. – Wiedziałem, że cena na stoisku jest wiążąca, zażądałem sprzedaży po niższej cenie. Kasjerka nie chciała o tym słyszeć, a klienci z kolejki wychodzili już ze skóry. W końcu wezwała swoją przełożoną, usiłowano mi wmówić, że cena nie jest aktualna i muszę zapłacić więcej. Ja obstawałem przy swoim i po ponad 40 minutach sprzedano mi towar – mówi Złotkowski.

Jednak następnego dnia student wybrał się do Makro po komplet łyżeczek. Cena na stoisku to 6,49 zł, ale na paragonie widniało 9,99 zł…

Za to grozi kara

- Sprzedawca ma obowiązek sprzedać towar po takiej cenie, jaka jest uwidoczniona na stoisku. Trudno jest udowodnić celowe mylenie klienta, ale złe oznaczanie towaru grozi grzywną do 500 złotych – mówi Leszek Mironiuk z inspekcji handlowej.

- Przecież ostatecznie towar został sprzedany po niższej cenie, to nie było celowe działanie – próbuje tłumaczyć ten incydent Andrzej Słodki, rzecznik Makro. – Przepraszamy klienta, pracownicy na pewno poniosą konsekwencje.

Autor artykułu: Monika Kosz-Koszewska

Pożyczaj rozsądnie

Friday, December 15th, 2006


Kurier Poranny: Na co należy zwracać uwagę, zaciągając kredyt i jakie oprocentowanie lepiej wybrać: stałe czy zmienne?

- Wybór oprocentowania zależy głównie od okresu kredytowania. W przypadku kredytu zaciągniętego na mniej niż 12 miesięcy, skłaniałbym się ku oprocentowaniu stałemu. Oprocentowanie zmienne jest zazwyczaj niższe, ale jego wartość może zostać zmieniona przez prezesa banku, w którym zaciągamy zobowiązanie. Zmiana taka może dotyczyć zarówno kredytów, które będą zawierane, jak i tych, które są już zawarte. Z drugiej strony, stopy procentowe rzadko ulegają zmianom.

Jaka jest różnica między oprocentowaniem nominalnym a efektywnym? Czy zdarza się, że niektóre banki nie zaznaczają, jakie jest to oprocentowanie, bo jest to dla nich wygodne?

- Oprocentowanie nominalne naliczane jest od kwoty przyznanego kredytu. Natomiast oprocentowanie efektywne – od kwoty, która pozostaje jeszcze do spłacenia. W przypadku kredytów zaciągniętych na mniej niż 12 miesięcy, oprocentowanie efektywne jest niższe od nominalnego, które podawane jest w skali rocznej. Aby uniknąć nieporozumień, zanim podejmiemy decyzję o zaciąganiu kredytu, należy sprawdzić, czy oprocentowanie ofert, które porównujemy, jest podane w tej samej formule.

Czy widząc wyjątkowo niskie oprocentowanie, powinniśmy uważniej przyjrzeć się ofercie?

- Zawsze warto szczegółowo analizować produkty oferowane przez banki. Oczywiście dotyczy to przede wszystkim kredytów, których oprocentowanie wydaje się wyjątkowo korzystne w porównaniu do średniej oferty rynkowej. Bank może sobie rekompensować niskie oprocentowanie poprzez pobieranie wysokiej prowizji albo dodawanie innych kosztów do wartości kredytu.

Na ile istotne są tzw. dodatkowe koszty? W jakim stopniu mogą one podrożyć kredyt i które są z reguły największe?

- Dodatkowe koszty, których bank nie musi ujawniać w umowie kredytu konsumenckiego to te dotyczące zabezpieczenia kredytu, dodatkowych ubezpieczeń i zmiany kursów walut. Mają one duży wpływ na całkowitą kwotę kredytu, dlatego warto pytać o nie przy zaciąganiu zobowiązania. Sugeruję, by zwracać uwagę zwłaszcza na dodatkowe ubezpieczenia, które zazwyczaj stanowią największy koszt.

Kiedy bardziej od tradycyjnego opłaca się zaciągnąć kredyt odnawialny lub na karcie kredytowej? Jakie są plusy i minusy takiego rozwiązania?

- Zarówno kredyt odnawialny, jak i karta kredytowa to rozwiązania dobre, jeśli chcemy pożyczyć małą kwotę. Karta kredytowa to najtańsze rozwiązanie na rynku, pod warunkiem terminowego spłacania zadłużenia. Zazwyczaj nieoprocentowany kredyt jest przyznawany maksymalnie na kilkadziesiąt dni. Po przekroczeniu tego terminu, nawet o jeden dzień, płacimy bardzo wysokie odsetki i korzystanie z karty staje się nieopłacalne. Czyli zaciągając taki kredyt, powinniśmy uważać, by zadłużenie nie przekraczało wysokości naszych miesięcznych zarobków.

Z kolei limit kredytu odnawialnego w rachunku osobistym sięga w rzeczywistości dwu- lub trzykrotności miesięcznego naszego wynagrodzenia. Jego oprocentowanie nie jest wysokie, zwykle wynosi około 10 proc. Należy uwzględnić jeszcze roczną, około jednoprocentową prowizję.

Kiedy dłużnik może trafić na czarną listę? Czy banki i firmy rygorystycznie przestrzegają przepisów?

- W Biurze Informacji Kredytowej (BIK) znajdują się bazy danych o zobowiązaniach klientów banków, potocznie zwane “czarną listą”. Banki i SKOK-i, które współpracują z BIK, są zobowiązane do przesyłania informacji o wszystkich swoich klientach (pozytywnych i negatywnych). Tendencja na rynku związana ze stosowaniem upraszczanych procedur przyznawania kredytów spowodowała, że banki skrupulatniej sprawdzają terminowość spłacania rat. W przypadku uchybień na ogół zgłaszają taką informację do bazy BIK.
Warto więc ściśle przestrzegać harmonogramu spłat, bo to pozwoli uniknąć problemów z zaciąganiem kredytów w przyszłości. Przed podjęciem decyzji kredytowej, banki sprawdzają w BIK-u historię spłaty rat przez klienta. Jeśli na “czarnej liście” pojawi się jego nazwisko, decyzja o przyznaniu pożyczki może być negatywna.

Jest jeszcze kilka innych firm zbierających informacje o nierzetelnych klientach, działających na podstawie ustawy o udostępnianiu informacji gospodarczej: Krajowy Rejestr Długów BIG (Biuro Informacji Gospodarczej), InfoMonitor BIG SA, KSV BIG SA. Tam też łatwo możemy trafić na czarną listę i to za znacznie drobniejsze “przewinienia”. Wystarczy, że przez 2-3 miesiące nie będziemy płacić rachunków. Jak sprawdzić, czy znajdujemy się na którejś z list?

- Aby się o tym przekonać, wystarczy wypełnić i wysłać wniosek. Są one dostępne na poszczególnych stronach internetowych. W KRD BIG zapłacimy za to 10,98 zł (jeśli sprawdzamy rzadziej niż raz na pół roku). W InfoMonitor BIG SA, jeśli robimy to rzadziej niż raz na pół roku, taka opłata nie jest pobierana.

Autor artykułu: Barbara Kociakowska

Polska praca jest zbyt droga

Friday, December 15th, 2006


Wysokie zarobki w Wielkiej Brytanii, czy Irlandii nęcą polskich pracowników. W kraju mogłyby ich zatrzymać podwyżki pensji, nowe miejsca pracy oraz większa skłonność pracodawców do legalnego zatrudniania. Nasi przedsiębiorcy podnosić pensji nie mogą, ponieważ ich na to nie stać.

Nie rozwijamy się

- Trudno myśleć o podwyżkach dla pracowników czy zatrudnianiu nowych osób, jeśli pracodawcy nie mogą sobie na to pozwolić przy dzisiejszych obciążeniach podatkowych – tłumaczy Lech Pilecki, współwłaściciel białostockiej firmy budowlanej Śródmieście.

Według wyliczeń pracodawców, każdy tysiąc złotych, jaki dostaje do kieszeni pracownik, kosztuje jego szefa nawet dodatkowe 800 zł. Pieniądze te idą m.in. na podatek i składki ubezpieczeniowe. Wysokie koszty pracy, to według właścicieli firm, główna przeszkoda w rozwoju gospodarki i zmniejszeniu bezrobocia.

Tymczasem – jak powiedział wczoraj wiceminister pracy Bogdan Socha – “koszty te w Polsce są niższe niż w krajach dawnej Piętnastki UE i wynoszą 43,6 proc.”
Ministerstwo Finansów zapowiadało obniżenie kosztów już kilkakrotnie, ale tylko na obietnicach się kończyło. Ostatni pomysł to zmniejszenie stawki składki na ubezpieczenie rentowe z 13 do 10 proc., który wejdzie w życie od 2008 roku. Zdaniem ministerstwa, wpłynie to na zmniejszenie bezrobocia. Także pracownicy mają dostać wyższe pensje. Według naszych wyliczeń, osoba zarabiająca średnią pensję krajową zyska dzięki ministerstwu 35 zł miesięcznie. Drugie tyle zaoszczędzi jej szef, ponieważ składka ta opłacana jest po połowie przez zatrudnionego i przez pracodawcę.

Dobrze, ale trzeba więcej

- Jest to krok w dobrym kierunku, ale to za mało – komentuje Pilecki. – Należałoby zmienić cały system naliczania składek, ponieważ pracodawcy są przeciążeni świadczeniami na rzecz państwa.

Nie jest jednak pewne, czy pomysł ministerstwa doprowadzi do podwyżek wynagrodzeń. – Większym problemem jest obecnie brak chętnych do pracy – uważa Krzysztof Wojciula, właściciel białostockiej firmy Classic. – W niektórych branżach już od jakiegoś czasu pracodawcy płacą zatrudnionym więcej i to bez zachęty państwa. Tak dzieje się np. w budownictwie, gdzie odczuwalny jest brak fachowców.

Autor artykułu: Ewa Wyrwas

Nasza droga Rodzina

Friday, December 15th, 2006


Każdy z trzech prezesów już w styczniu dostanie o około tysiąc złotych więcej. Mieszkańcy osiedla Rodziny Kolejowej na wieść o tym używali niecenzuralnych słów.

- Bo inaczej się tego powiedzieć nie da. Nic nie robią. Kiedy się zajdzie do biura, to ich nie ma. I takie pieniądze biorą. Normalny człowiek to może tylko pomarzyć – mówi pan Robert.

Prezes Rodziny Kolejowej Andrzej Rojek w podwyżkach płac nie widzi niczego złego. Przeciwnie, uważa, że należą się wszystkim w jego spółdzielni za ciężką pracę.

- Nie mieliśmy podwyżek płac już od pięciu lat. Każdy pracownik dostanie po kilka procent – wyjaśnia Rojek. – Cóż w tym złego?

Dwa głosy przeciw

Propozycja podwyżki płac została zaakceptowana 8 grudnia przez ponad dwudziestoosobową radę spółdzielni. Tylko dwa głosy były przeciw.

- Byłem zdziwiony taką postawą naszej rady – nie ukrywa Eugeniusz Muszyc, członek rady. – Przepaść w płacach pomiędzy prezesami a resztą pracowników jest ogromna. Nie wiem, jak reszta rady mogła na to pozwolić.

- To tylko propozycja. Ostateczne głosowanie odbędzie się dopiero 18 grudnia – utrzymuje Andrzej Rojek (chociaż członkowie rady twierdzą, że wszystko jest już zatwierdzone). – Zresztą nie muszę się tłumaczyć, ile zarabiam – dodaje prezes.

Czy wzrośnie czynsz?

Pani Alina, mieszkanka Rodziny Kolejowej obawia się, że w związku z podwyżką pensji prezesów, w spółdzielni wzrosną czynsze. – Już teraz płacimy dużo. Ja za dwupokojowe mieszkanie mam ponad 400 zł. Teraz jeszcze pewnie dołożą – przewiduje.

Prezes Rojek próbuje uspokajać nastroje. – Warunkiem podwyżek miało być to, że czynsze nie pójdą w górę.

Muszyc jest innego zdania. – Skądś te pieniądze trzeba brać. W takich wypadkach najczęściej cierpią mieszkańcy. Jak nie w styczniu, to podwyżka będzie w marcu, żeby ludziom zamydlić oczy, że obie sprawy są bez związku.

Autor artykułu: Agnieszka Kaszuba

Jeszcze jedna galeria

Sunday, December 10th, 2006


Prawie 17,5 tysiąca metrów kwadratowych powierzchni, duży supermarket, salon ze sprzętem RTV i AGD oraz wyposażeniem wnętrz, sklepy z odzieżą znanych polskich i zagranicznych marek, restauracje, punkty usługowe, 480 miejsc parkingowych – tak najkrócej można opisać Galerię Podlaską.

Inwestycja ma być wspólnym dziełem dwóch firm: Quinlan Private Golub (deweloper) i Spirit International (inwestor).

- Teren, na którym ma się znajdować Galeria Podlaska, odkupiliśmy od firmy, która już kilka lat temu przymierzała się do budowy obiektu handlowego w tym miejscu. Wycofała się z tego projektu, mimo że miała już prawomocne pozwolenie na budowę – wyjaśnia Magda Cieliczko z Quinlan Private Golub. – Obiekt, który miał budować nasz poprzednik, różni się od naszego projektu, dlatego najpierw musimy skupić się na zdobyciu nowego pozwolenia na budowę. Ale już niebawem zamierzamy rozpocząć poszukiwanie handlowców do naszej galerii – zaznacza.

Deweloper i inwestor zakładają, że w Galerii Podlaskiej zakupy będą robić głównie mieszkańcy trzech pobliskich osiedli mieszkaniowych: Jaroszówki, Wysockiego i Zgody. Liczą też na klientów zza wschodniej granicy.

- Nasze centrum będzie usytuowane zaledwie 48 kilometrów od granicy z Białorusią, przy drodze szybkiego ruchu numer 19, łączącej Białystok z przejściem granicznym w Kuźnicy. Mamy nadzieję, że to będzie duży atut – mówi Magda Cieliczko.

Otwarcie Galerii Podlaskiej zaplanowane jest na koniec 2007 roku. Wartość całej inwestycji oszacowano na ponad 70 milionów złotych.

Autor artykułu: Joanna Dargiewicz