Holding Solaris, kierowany przez Jacka L. i Stanisława G. był w latach 90. jedną z większych grup kapitałowych w kraju. W ręku obu biznesmenów były banki, towarzystwa ubezpieczeniowe i leasingowe oraz firmy produkujące lasery – Solaris Laser i optykę o zastosowaniu militarnym – Solaris Optyka. Wymieniały się one udziałami i powoływały do życia inne spółki. Obracały kapitałem 300 milionów dolarów. Kontrolowały 7 procent rynku ubezpieczeń i ponad 18 procent rynku leasingu. Jej właściciele jednak jak ognia unikali rozgłosu – nie byli nawet na liście najbogatszych Polaków tygodnika „Wprost”, choć mogli liczyć tam na wysoką pozycję. Dziś już wiadomo, dlaczego rozgłos był im nie na rękę.
Sprawy dla prokuratora
Działalnością biznesmenów kilkakrotnie zajmowała się prokuratura. Po raz pierwszy w 1993 roku, gdy Fundacja na Rzecz Nauki Polskiej zarzuciła im, że wyprowadzili z Solaris Laser pieniądze, które włożyła tam jako udziały. W 1995 roku upadło Warszawskie Towarzystwo Leasingowe, w którym mieli udziały. Kierowane przez nich towarzystwa ubezpieczeniowe Hestia i Gryf splajtowały.
Firma ubezpieczeniowa Polonia została sprzedana parę lat temu. Najgłośniejszą jednak sprawą był udział biznesmenów w prywatyzacji browarów w Leżajsku. Skończyło się wielkim skandalem i aktem oskarżenia. Jesienią 2001 roku rzeszowska prokuratura oskarżyła trzy osoby, w tym Stanisława G., o narażenie firmy na stratę co najmniej 4,1 miliona złotych. Co ciekawe, jednym z głównych zarzutów, jakie pojawiły się w związku z tą sprawą, było niedokapitalizowanie spółki przez właścicieli (identyczna sytuacja powtórzyła się w przypadku Banku Wschodniego). Prokuratura zarzuca im, że wyprowadzili z browaru pieniądze przeznaczone na poprawę jego sytuacji. Chodzi o zakup przez Leżajsk Zakładów Przemysłu Cukierniczego „Hanka” od spółek, w imieniu których występował… Stanisław G. Sprzedał stojącą na skraju bankructwa „Hankę” browarowi, gdzie był przewodniczącym rady nadzorczej.
Z dawnej świetności holdingu pozostało już niewiele. Upadłości i sprzedaż wielu firm spowodowały, że w latach 2000-2002 w sektorze finansów ta grupa była reprezentowana już tylko przez cztery firmy leasingowe i Bank Wschodni w Białymstoku.
Jak padł Wschodni?
Głównymi akcjonariuszami banku były towarzystwa leasingowe: Centralne (23 proc. akcji), Wielkopolskie (33 procent) i Śląskie (29,11 procent) – wszystkie związane z holdingiem Solaris. Jednak kontrolowały go właściwie dwie osoby: Stanisław G. i Jacek L. Podlegli im dyrektorzy i prezesi Wschodniego bez szemrania wykonywali wszystkie ich polecenia. Na skutek ich działań bank stracił co najmniej 16 mln zł.
Na czym polegały nieprawidłowości? Wschodni kupował akcje firm będących jednocześnie jego akcjonariuszami, a które miały już poważne kłopoty finansowe. I tak: jeszcze w 1995 roku Stanisław G. polecił radzie nadzorczej Banku Wschodniego zakup 6 tysięcy akcji Zakładu Ubezpieczeń Społecznych Hestia za – bagatela – 6 milionów złotych. I choć rok później Hestia ogłosiła upadłość, białostocki bank musiał zapłacić za kupione akcje łącznie z odsetkami.
W marcu 2001 roku bank stracił blisko 3 mln złotych, bo kupił bezwartościową i niepotrzebną nieruchomość. Jako zapłatę miał anulować dług Europejskiego Funduszu Inwestycyjnego (część holdingu Solaris, należącego do Stanisława G. i Jacka L.). Kolejne milionowe straty przyniosło kupno od holdingu Solaris 5667 akcji Centralnego Towarzystwa Leasingowego, a kolejne 2 miliony – udzielenie kredytu Mirosławowi C. z Bielska Podlaskiego (który został w ubiegłym tygodniu skazany na karę więzienia za narażenie swojej firmy na wielomilionowe straty).
Zawiadomienie do prokuratury złożył ustanowiony w banku zarząd komisaryczny. W październiku 2004 roku Stanisław G. był już na przejściu granicznym, gdy zatrzymali go funkcjonariusze Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego. W sądzie G. dobrowolnie poddał się karze i został skazany na dwa lata w zawieszeniu i 200 tys. zł grzywny. Jacek L. nie przyznał się do winy i dostał trzy lata do odsiadki. Oprócz nich sąd skazał w tej sprawie jeszcze cztery osoby ze ścisłego kierownictwa banku. Wyrok nie jest prawomocny.
ROZMOWA
Kurier Poranny: Prezes WTL, Tadeusz Drozdowski powiedział nam, że nie ma Pan nic wspólnego z Bison-Bialem. Kłamał.
Jacek L., udziałowiec TI Solaris, WTL i Bison-Bialu: Ależ ja mam w Bisonie tylko znikome udziały, nie byłem inicjatorem kupna tej spółki.
l Jednak to Towarzystwo Inwestycyjne Solaris, w którym Pan jest prezesem, a Pana odwieczny wspólnik – Stanisław G. – szefem rady nadzorczej, ma ponad 80 proc. akcji WTL. A to WTL jest właścicielem Bisona.
– Może i tak. Jestem prezesem w wielu spółkach, sam już się gubię. Ale nie jestem większościowym właścicielem w TI Solaris.
l A kto jest?
– Akcjonariat jest bardzo rozproszony. To kilkanaście prywatnych osób, głównie cudzoziemców: Niemców, Szwajcarów… Wszyscy mają po 4-5 proc., ja około czterech.
l Ale wie Pan, co to za fabryka Bison-Bial?
– Zwłaszcza ostatnio bardzo się nią zainteresowałem, bo wiem, że powstał wobec niej jakiś medialny szum.
l I jakie ma Pan plany wobec białostockiej firmy?
– Chcemy ją postawić na nogi, w przyszłości może wprowadzić na giełdę. Chcemy wybudować nową fabrykę, bo zakład w centrum miasta nie ma racji bytu.
l A co z terenami przy ul. Łąkowej?
– (Pierwsza wersja:) Coś trzeba będzie z nimi zrobić. Być może je sprzedamy – w przeciągu trzech lat, jak powstanie nowa fabryka. (Druga wersja – po trzech dniach:) Na pewno nie będziemy ich sprzedawać. Nie chcemy wykonywać żadnych gwałtownych ruchów. Program restrukturyzacji, jaki spółka rozpoczęła jeszcze przed naszym przyjściem, to nie jest dobry pomysł (chodzi o pomoc publiczną na spłatę długów, jakiej miałaby udzielić spółce Agencja Restrukturyzacji Przemysłu – red). Z ARP bezpośrednio do firmy wpłynęłoby około 6 mln zł, a agencja chce w zamian ziemię o podobnej wartości. To się nie opłaca. Teraz stawiamy tylko i wyłącznie na zwiększenie sprzedaży o 50 proc. i reorganizację tej sprzedaży. Bo to główny problem Bisona.
l Ludzie nie wierzą już w te obietnice…
– To wszystko przez te związki zawodowe, które mącą, a nie mają racji.
l Dziękuję za rozmowę.
Autor artykułu: Marzena Szwaczko