Archive for October, 2006

Taksówka jak radiowóz

Tuesday, October 31st, 2006


„Bezpieczna taksówka” to program szybkiej wymiany informacji między korporacjami taksówkarskimi, Strażą Miejską i policją. Dzięki temu w mieście ma być bezpieczniej. Wczoraj porozumienie w tej sprawie podpisał inspektor Jarosław Stankiewicz, komendant miejski policji oraz Ryszard Tur, prezydent Białegostoku. Jednak taksówkarze do całego programu są nastawieni sceptycznie.

Założenia słuszne…
Pomysł jest prosty. Powstaje sieć łączności – instaluje się specjalne stacje bazowe dla policji i Straży Miejskiej, wykupuje częstotliwość tworząc kanał alarmowy. Każdy taksówkarz dostaje swój identyfikator. Kiedy, jeżdżąc po mieście, zauważy bójkę, napad, czy chuligańskie wybryki – może to zgłosić bezpośrednio oficerowi dyżurnego policji.
– Kanał alarmowy upraszcza obieg informacji. Bez pośredników i czekania informacja dociera natychmiast do oficera dyżurnego. On zaś wie już, jak i o co pytać, żeby ocenić zagrożenie i wysłać radiowóz czy inne służby ratownicze – mówi Marta Rodzik, rzecznik komendanta miejskiego policji.- System działa też w drugą stronę, bo i dyżurny może powiadomić taksówkarzy o poszukiwanych osobach, samochodach, czy innych zagrożeniach.
Do akcji, jeśli jest taka potrzeba, można też natychmiast skierować pogotowie ratunkowe, straż pożarną, pogotowie gazowe, czy energetyczne.
– Taksówkarze są także bardziej bezpieczni, bo mają bezpośredni kontakt z policją. Jednym przyciskiem mogą wezwać pomoc, gdy są zagrożeni – mówi Lech Oksztul, prezes jednej z korporacji.
System ten działa już w Olsztynie i Lublinie. Tam się sprawdza. Białostocka policja chciałaby w przyszłości włączyć do niego autobusy komunikacji miejskiej.

Diabeł tkwi w szczegółach…
Za system płaci białostocki magistrat.
– Trzeba kupić częstotliwość i kilka urządzeń łączności. Białystok jednorazowo wykłada na ten cel 20 tysięcy złotych – mówi Tomasz Ćwikowski, rzecznik prezydenta miasta.
Pieniędzy wystarczy na stacje bazowe, częstotliwość, oprogramowanie i kilka innych drobiazgów, ale…
– Duża część białostockich taksówkarzy ma radiotelefony „Radmoru”. Żeby dyżurny policjant mógł zidentyfikować kierowcę i żeby mógł on swobodnie korzystać z dobrodziejstw kanału alarmowego, to te „Radmory” trzeba zmodernizować. A zakup specjalnego modułu kosztuje minimum 100 złotych – mówi Lech Oksztul. – I z tym mogą być problemy.
– Skoro mamy płacić po 100 złotych, żeby komuś poprawić statystykę, to dziękujemy. Kiedy zaczynano mówić o tym programie, to miasto miało zapłacić za wszystko, teraz okazuje się, że to my mamy płacić. Na to zgody nie będzie – dodaje bez ogródek Jerzy Sokół z innej korporacji.

Nie wszystko stracone
Aby przekonać taksówkarzy do pomysłu pozostaje wypracowanie preferencyjnej ceny urządzeń, które trzeba będzie dokupić.
– Może uda się załatwić jakieś upusty z tytułu hurtowego zakupu, może miasto zaproponuje coś innego, wtedy możemy negocjować. Na razie cena jest za duża, a rzecz dotyczy zbyt wielu taksówkarzy – dodaje Lech Oksztul.

Autor artykułu: Rafał Malinowski

Wielka ucieczka

Tuesday, October 31st, 2006


Okręgowa Izba Pielęgniarek i Położnych w Białymstoku. Tu na tablicy od kilku miesięcy wiszą oferty pracy ze szpitali.
– Szpital zespolony, gruźliczy, dziecięcy, w Sokółce. Już teraz brakuje ponad dwustu pielęgniarek – przyznaje Ewa Taranta, szefowa białostockiej OIPiP.

Według Zdzisława Gołaszewskiego, wicedyrektora Wojewódzkiego Szpitala Zespolonego, najgorzej jest z tymi pielęgniarkami, które mają doświadczenie w pracy na oddziałach intensywnej terapii medycznej i salach operacyjnych. Te już zaczęły przebierać w ofertach.
– Młode dziewczyny, które nie mają problemu z językiem angielskim, zaraz po odbyciu stażu w szpitalach wyjeżdżają za granicę. Już z tą myślą uczą się zawodu – przyznaje Ewa Taranta. I dodaje: – Nie ma się im co dziwić. Główny powód to wynagrodzenie, ale nie tylko. Za granicą praca jest dużo lżejsza. Pielęgniarka nie musi dźwigać stukilogramowego pacjenta, bo ma do tego specjalny podnośnik. Jest szanowana. W razie potrzeby może też liczyć na pomoc psychologa.

Ale nie chodzi tylko o młode pielęgniarki. Od przyszłego roku na wcześniejszą emeryturę zaczną odchodzić te w starszym wieku.
– U mnie to będzie sześćdziesiąt pielęgniarek – mówi Bogusław Poniatowski, dyrektor Samodzielnego Publicznego Szpitala Klinicznego. Kto wówczas będzie się opiekował pacjentami tego szpitala?
– Do głowy przychodzi mi tylko jedno rozwiązanie. Pielęgniarkom zatrudnionym na newralgicznych odcinkach trzeba będzie po prostu zaoferować wyższą pensję – mówi Bogusław Poniatowski.
– Albo po prostu zamknąć część oddziałów. Z rządowych wyliczeń wynika, że w całej Polsce zabraknie 60 tysięcy pielęgniarek. A trzeba pamiętać, że podwyżki rzędu 300 złotych brutto, jakie mamy teraz otrzymać, nie powstrzymają przed wyjazdami za granicę – mówi Ewa Taranta.

Autor artykułu:

Małe partie bez szans

Tuesday, October 31st, 2006


Wrocławskie Centrum Badań Jakościowych M&S 26 i 27 października (czwartek i piątek) zapytało 500 mieszkańców Białegostoku, którzy zadeklarowali udział w wyborach, kogo wybiorą do rady miejskiej.
Według badań przeprowadzonych na zlecenie „Porannego”, radę miejską zdominują przedstawiciele dwóch partii: Platformy Obywatelskiej oraz Prawa i Sprawiedliwości. Kandydatów pierwszej partii 12 listopada zamierza poprzeć ponad 44 procent respondentów, zaś drugiej – 37 procent. Trzeba jednak pamiętać, że PO zblokowała się w wyborach do rady miejskiej z Naszym Podlasiem, które w sondażu „Porannego” dostało 1,2 proc. Choć ugrupowanie to nie ma najmniejszych szans nawet na jeden mandat w radzie (trzeba przekroczyć 5-procentowy próg wyborczy), to jednak głosy na nie oddane nie przepadną, a zostaną zsumowane z wynikiem Platformy. To oznacza, że Platforma może zdobyć ponad 43 proc. mandatów w radzie miejskiej.
Także PiS może liczyć na dodatkowe głosy. W wyborach do rady miejskiej zblokowało się bowiem z Ligą Polskich Rodzin, Samoobroną i Unią Polityki Realnej. Według naszych badań ostatnia partia nie ma żadnych zwolenników, zaś Samoobrona i LPR w sumie dostaną 2,2 proc. Ten wynik – podobnie, jak w przypadku Naszego Podlasia – nie daje szans na wejście do rady, ale wspomoże PiS.
Platforma, choć w sondażach wypada najlepiej, nie popada w przesadny optymizm. – Preferencje wyborcze preferencjami, ale życie nakazuje powściągliwość – mówi Jarosław Dworzański, szef miejskich struktur PO. – Z drugiej strony białostoczanie być może zrozumieli, że Platforma daje szansę naszemu miastu na rozwój. Dariusz Piontkowski z PiS ma z kolei nadzieję, że jego partii uda się jeszcze dogonić Platformę. – A może nawet przegonić – dopowiada Piontkowski. Z wyniku sondażu nie jest zadowolony Krzysztof Bil-Jaruzelski, który startuje z list centrolewicy. – Scena polityczna w naszym kraju wyraźnie się polaryzuje. Albo jest się z PiS-em, albo przeciwko PiS-owi czyli z Platformą – zauważa Bil-Jaruzelski. – Na nasz nie najlepszy wynik na pewno mają też wpływ rządy Leszka Millera. To, co zostało popsute przez cztery lata, musimy teraz z mozołem naprawiać – komentuje polityk.
Zdaniem politologa prof. Tadeusza Popławskiego wyraźna przewaga PO nad PiS wynika z dużej centralizacji władzy w PiS. – Wyborcy mogą postrzegać to jako przeszkodę do prowadzenia niezależnej regionalnej polityki. Poza tym taka centralizacja powoduje, że błędy „na górze” są odbierane mocniej i wpływają na notowania przedstawicieli tej partii na dole czyli w regionach – wyjaśnia Popławski. Jego zdaniem to inteligencja i młodzież w największej mierze zagłosuje na PO. Jednak frekwencja w tych grupach wyborców jest znacznie niższa, niż wśród zdyscyplinowanych wyborców PiS-u.

Autor artykułu: Joanna Dargiewicz

Studenci jak zwykle

Saturday, October 28th, 2006


Prawybory zorganizowało Akademickie Koło Nauk Politycznych działające przy Uniwersytecie w Białymstoku. Wzięło w nich udział 814 słuchaczy z pięciu uczelni: UwB, Politechniki Białostockiej, Wyższej Szkoły Administracji Publicznej, Wyższej Szkoły Finansów i Zarządzania oraz Wyższej Szkoły Ekonomicznej. Głosowali tylko studenci studiów dziennych. Oddawali głosy na jednego z sześciu pretendentów do prezydenckiego fotela – nie uwzględniono Krzysztofa Kononowicza, kandydata Podlasie XXI wieku.
Podobnie jak w prawyborach w maju, studenci zaufali Platformie. Kilka miesięcy temu na kandydata PO głos oddało 41 proc. młodych. Teraz wynik jest bardzo podobny, bo Tadeusza Truskolaskiego popieranego przez Platformę, stawia 39 procent słuchaczy.
Aż o jedenaście punktów mniej dostał największy rywal w wyścigu o fotel prezydenta Białegostoku Truskolaskiego, Marek Kozłowski z Prawa i Sprawiedliwości. On może liczyć na 28 procentowe poparcie wśród studentów.
Bez niespodzianki
Zdaniem politologa, prof. Tadeusza Popławskiego na preferencje studentów wpływ miało kilka czynników.
- Tadeusza Truskolaskiego studenci znają, bo jest on nauczycielem akademickim – mówi prof. Popławski. – Poza tym młodzież zawsze ma postawę kontestacyjną w stosunku do ludzi, którzy aktualnie sprawują władzę. I w przeciwieństwie do starszych pokoleń – bardzo negatywnie oceniają ludzi, którzy do tej pory rządzili Białymstokiem. Marek Kozłowski jest przedstawicielem właśnie tej grupy.
To tylko zabawa
Zdaniem prof. Popławskiego studenci nie wniosą zbyt wiele do prawdziwych wyborów.
- Po pierwsze rzadko kiedy biorą udział w wyborach. Spora część studentów jest spoza Białegostoku. Takie osoby, jeśli chcą zagłosować, muszą dysponować specjalnym uprawnieniem ze swego urzędu gminy. Mało kto jednak stara się o takie zaświadczenie – mówi prof. Popławski. – Młodzież bardzo niechętnie bierze udział w oficjalnych wydarzeniach. Zdecydowanie woli rościć sobie różne prawa – komentuje politolog.

Autor artykułu: Joanna Dargiewicz

Spełnić marzenia

Saturday, October 28th, 2006


Teraz każdy z nas może im pomóc. Już jutro w galerii Kwadrat przy ul. Andersa białostocki oddział fundacji “Mam marzenie” zaprasza wszystkich na loterię fantową, z której cały dochód zostanie przeznaczony na realizację marzeń śmiertelnie chorych dzieci.
- Zapraszamy wszystkich, którzy chcieliby pomóc spełnić najskrytsze pragnienia naszych marzycieli. Udało nam się uszczęśliwić już ośmioro dzieci, teraz zbieramy pieniądze dla kolejnej trójki – mówi Marta Zimnoch, szefowa białostockiego oddziału fundacji.
Gotować z Pascalem
Pawełek Wojtkowski ma czternaście lat, od dziewięciu choruje na guza mózgu. Jego największym marzeniem jest własny, kolorowy pokój.
- Takie sobie wymyślił marzenie, a my zrobimy wszystko, żeby chociaż przez chwilę był szczęśliwy – podkreśla Renata Wojtkowska, mama Pawełka. – Pokój syna będzie na poddaszu. Na razie jest w stanie surowym, ale mamy nadzieję, że dzięki fundacji uda go się szybko pomalować i umeblować – dodaje Renata Wojtkowska.
Siedmioletni Wojtek, chory na białaczkę marzy o spotkaniu z Pascalem Brodnickim, który w telewizji prowadzi program kulinarny.
- To jego idol. Uwielbia oglądać jak Pascal gotuje i słuchać jego opowiadań. Obaj panowie już ze sobą rozmawiali przez telefon. Teraz tylko musimy zorganizować ich spotkanie – mówi Marta Zimnoch.
Rok starszy Adrian, również chory na białaczkę chce pojechać do Disneylandu.
- Są tam jego wszystkie ulubione postacie bajkowe, którymi chce się spotkać osobiście. Zrobimy wszystko, żeby każdy z tych chłopców mógł powiedzieć: spełniło się moje marzenie – dodaje Zimnoch.
Ludzie pomagają
A marzenia ciężko chorych dzieci spełniają się dzięki dobrym ludziom. Wczoraj swój prezent od fundacji odebrał 10-letni Przemek Kasperowicz.
- Niestety, synek nie mógł sam powiedzieć o czym marzy, bo nie mówi i nie słyszy. Mam z nim za to wspaniały kontakt emocjonalny. Biorąc pod uwagę jego stan, zdecydowałam, że najlepszym prezentem będzie fotel z masażem. Przemusiowi na pewno się podoba – podkreśla Katarzyna Kasperowicz, mama Przemka.
W najbliższych dniach fundacja “Mam marzenie” zawita też do 12- letniego Janusza, chorego na białaczkę. Sponsorem wymarzonego DVD jest galeria Kwadrat.
- Chcieliśmy pomóc i uszczęśliwić chłopca. To wszystko – podkreśla Cecylia Chorabik, dyrektor do spraw marketingu galerii.
- Każdy może pomóc. Wystarczy skontaktować się z naszą fundacją i uszczęśliwić któregoś z naszych marzycieli – dodaje Marta Zimnoch.

Autor artykułu: Marta Gawina

Szkoła jest do niczego

Saturday, October 28th, 2006


n Do niedawna szkoła była autorytetem w wielu kwestiach…
– To prawda. Ale kiedyś szkoła przedstawiała bogatą ofertę, nie tylko zajęć szkolnych, ale i pozaszkolnych. Szkoła panowała nad swoimi uczniami, bo wiedziała, co robią po lekcjach. Nie pamiętam, żebym w szkole miał jakieś wolne popołudnie. Dziś szkoła nie ma ofert, bo myśli komercyjnie, czy się to w ogóle opłaca. Często dyrektorzy mówią także, że uczniowie nie chcą i to prawda, bo kultura masowa tak mocno naciska i przekazuje swoje oferty łatwo, szybko i przyjemnie, więc po co się wysilać. A ci, którzy nie pasują do takiego schematu życia, to gdzieś doświadczają upokorzenia i odrzucenia, a nawet są mocno tępieni. Wtedy także wyzwala się agresja, którą trudno nam sobie wyobrazić. Prawo mówi, żeby takich uczniów wyrzucić ze szkoły. A przecież nie tędy droga. Trzeba utworzyć grupy socjoterapeutyczne i razem z rodzicami próbować zrozumieć ten problem.

n Czy w takim razie można ufać szkole?
– Ja jej nie ufam. Szkoła jest wmanewrowana w cały system i strukturę. Kiedyś rodzice mówili wyraźnie: szkoła ma nauczyć, doprowadzić do opanowania wiedzy, zdania na studia… Zostawiono z boku kształtowanie wartości. Dziecko w takiej sytuacji nie ma szansy samorealizacji i szkoła staje się wtedy udręką. Nie można mówić, że szkoła jest winna, ale że się po prostu zagubiła w świecie kultury masowej. Nie ma w niej mocy. Stała się masą, w której może stać się ogromna krzywda.

n Co zrobić, żeby ten stan poprawić? Rozwiążą to specjalne szkoły Romana Giertycha?
– Absolutnie nie. Nauczyciele muszą przede wszystkim zacząć współpracować z rodzicami. Muszą zadać sobie wspólny trud czuwania nad rozwojem młodych ludzi. Z zamknięcia w odosobnieniu nic dobrego nie wyjdzie. W zamknięciu nie można rozwijać żadnych wartości, osobowości… Myślenie o karze nic nie da. Natomiast trzeba byłoby z pokorą przemyśleć, dlaczego się tak młody człowiek zachowuje i dać mu szansę bycia lepszym. Brak takiego myślenia przynosi straszne skutki, tak jak w tym przypadku śmierci…

n Dziękuję za rozmowę.

Autor artykułu:

O drzewach po oxfordzku

Wednesday, October 25th, 2006


W to, że skwerek przy ratuszu musi zostać uporządkowany, nikt nie wątpi. Są tylko różne koncepcje tego, jak to zrobić. Chociaż decyzja o wycięciu drzew na placu już zapadła, studenci prawa postanowili o tym podyskutować i zogranizowali debatę oxfordzką.
Do rozmowy zaprosili przedstawicieli magistratu. Chcieli wysłuchać wszystkich „za” i „przeciw”.
– Tu nie miejsca na skwer – przekonywał Krzysztof Sawicki, wiceprezydent Białegostoku. Wtórował mu radny Mirosław Hanusz. – Białystok jest jedynym miastem, które nie ma rynku. Dlatego proponuję, żeby nie rozmawiać o wycince drzew, ale o tym jaki chcemy mieć Białystok – apelował.
W opozycji do panów stanęła radna Elżbieta Kozłowska-Świątkowska. – Ten skwer wpisuje się w tradycję i kulturę naszego miasta. Poza tym broni go wielu białostoczan, także tych znanych, np. Jerzego Maksymiuka czy Tomasza Bagińskiego – mówiła.
Po radnych do głosu doszli studenci oraz projektant placu, Zenon Zabagło. – Nie chodzi tutaj o wycinkę drzew, tylko o zmianę wizerunku centrum. Poza tym część drzew zostanie i trzeba o nie zadbać – uspokajał.
Obrońców zieleni nie przekonał. Uważają, że z centrum nie powinno zniknąć ani jedno drzewo. – Przecież walorem naszego miasta może być właśnie zadrzewiony skwer w centrum – uważa Karol Pilecki, student prawa.
Głosowanie po dyskusji pokazało, że studenci w zdecydowanej większości są za zmianą skweru przy Ratuszu w otwarty plac. – W centrum nie może być dżungli – stwierdził Marcin Kononiuk. – Myślę, że w tym miejscu powinno się połączyć elementy staromiejskie z naturą.
Przeciwnicy wycinki drzew nie chcieli zgodzić się z takim stwierdzeniem. – Te drzewa trzeba tylko uporządkować. Przecież one wyglądają pięknie, a latem jest tam cień. Ich wycięcie jest bezsensowne – podsumowała Magdalena Chodyko.

Autor artykułu: Piotr Rydzewski

XVI-wieczne księgi wróciły

Wednesday, October 25th, 2006


Do Białegostoku w tekturowych pudełkach przyjechała wczoraj część ze stu tysięcy płyt CD, zawierających kopie XVI-wiecznych ksiąg sądowych grodzkich z ziem mielnickiej, drohickiej i bielskiej, których oryginały znajdują się w mińskim archiwum państwowym.
– Wartość tych ksiąg polega na tym, że w XVI i XVII wieku w sądach rejestrowano wszystkie ważne sprawy: spadki, sprzedaż mienia, związki małżeńskie – wyjaśnia dyrektor Stępniak. – To najważniejszy zbiór informacji o historii tego regionu. Myślę, że setki rodzin, które mają korzenie na Podlasiu doszuka się teraz w tych dokumentach informacji o dobrach swego rodu, o jego losach.
Realizacja pierwszej części projektu, której kulminacja odbyła się wczoraj w Muzeum Podlaskim trwała prawie dwa lata. Tyle czasu zajęło kopiowanie dokumentów. – Mimo zawirowań politycznych między naszymi krajami, współpraca z archiwum na Białorusi układała się znakomicie – zapewnił dr Stępniak. – I mam nadzieję, że tak będzie dalej, bo projekt będziemy realizować jeszcze kilka lat.
Zgodziła się z nim minister Olga Bierjukowa, szefowa Białoruskiego Archiwum Państwowego. – Mamy wspólną historię i wracamy do współpracy – powiedziała.
Księgi sądowe dostępne będą w Archiwum Państwowym w Białymstoku. Inicjatorem przedsięwzięcia jest Podlaski Urząd Marszałkowski. Zapłaciliśmy za kopiowanie 100 tysięcy złotych.

Autor artykułu: (dab)

Pół miasta nie spało

Wednesday, October 25th, 2006


Wczorajszej nocy pół Białegostoku poderwały na nogi policyjne syreny. A wszystko zaczęło się od sygnału pracownika ze stacji benzynowej niedaleko Złotorii. Tam właśnie, tuż po północy, kierowca ciemnego volkswagena zatankował paliwo i nie płacąc odjechał w kierunku miasta.

Szalona ucieczka
Dyżurny Komendy Miejskiej Policji powiadomił wszystkie patrole. Jeden z nich, na alei Jana Pawła II, zobaczył pędzącego golfa. Policjanci dali kierowcy sygnał do zatrzymania się, ale ten tylko dodał gazu. I zaczęło się szaleństwo. Kierowca volskwagena skręcił w ul. Sikorskiego na osiedle Słoneczny Stok, potem w stronę Starosielc. Zawrócił, na Zielonogórskiej ściął znak drogowy i ruszył w stronę centrum. Policja za nim. Przez cały uciekający samochód zajeżdżał drogę goniącemu go radiowozowi. Z piskiem opon wypadł na Hetmańską, gdzie usiłował staranować kolejny patrol policji. Nie reagował na sygnały świetlne i dźwiękowe oraz wezwania przez megafon do zatrzymania. Gdy usiłował zepchnąć z jezdni radiowóz, policjanci oddali w powietrze strzały ostrzegawcze. Nie pomogło.
– To nie Ameryka, żebyśmy mieli spychać uciekającego z jezdni i doprowadzić do karambolu. Policjanci nie strzelali w auto, bo po ulicach jeździły inne samochody, nie chcieli ryzykować – opowiada nadkomisarz Jacek Dobrzyński, rzecznik komendanta wojewódzkiego policji w Białymstoku.

Kaskaderski skok
Pirat zatoczył koło Wierzbową, Antoniukowską, Zwycięstwa i znów ruszył w stronę Warszawy. Na skrzyżowaniu z ul. Narodowych Sił Zbrojnych zniszczył sygnalizator świetlny. Policjanci jeszcze raz strzelali ostrzegawczo. Syreny pobudziły z kolei mieszkańców osiedla TBS, bo tam skęcił kierowca volkswagena, wyjechał na obwodówkę, a potem „zaplątał” na wąskich uliczkach Bacieczek. W końcu na ul. Saturna w biegu wyskoczył z samochodu. Policjanci ruszyli za nim w pogoń i w końcu go złapali.

Kim jest pirat?
Okazało się, że nocny rajd urządził 24-letni mieszkaniec gminy Dąbrowa Białostocka. Badanie alkomatem wykazało prawie 2,3 promile alkoholu w wydychanym powietrzu.
– Kierowca postawił wszystko na jedną kartę, bo uciekał przed konsekwencjami prawnymi – ukradł benzynę i jechał po pijanemu. W dodatku – nie zatrzymując się do kontroli – igrał z własnym życiem i narażał na niebezpieczeństwo i ścigających go policjantów i innych kierowców. W końcu przegrał – dodał nadkomisarz Jacek Dobrzyński.
Mężczyzna resztę nocy spędził w policyjnej izbie zatrzymań. Policjanci znaleźli przy nim telefon komórkowy pochodzący z kradzieży.
W jego samochodzie był dziecięcy fotelik, pusta puszka i butelka po piwie i… tekst modlitwy do św. Krzysztofa. Tym razem patron kierowców mu nie pomógł. Za swoje nocne wyczyny mężczyzna odpowie przed sądem.

Autor artykułu: Rafał Malinowski

Bo u nas ludzie nie lubią PiS

Monday, October 23rd, 2006


Żukowski to wiceprzewodniczący rady powiatu białostockiego i dyrektor siemiatyckiej PKS, z nadania wojewody podlaskiego i jedyny kontrkandydat obecnego burmistrza Antoniego Pełkowskiego.
Druk mało czytelny
Jeszcze wczoraj na stronie internetowej Państwowej Komisji Wyborczej przy jego nazwisku można było przeczytać, że nie należy do partii politycznej.
– Dostaliśmy skargę w tej sprawie – mówi Marek Rybnik, dyrektor białostockiej delegatury Krajowego Biura Wyborczego. – Nakazaliśmy już Gminnej Komisji Wyborczej wezwać kandydata, by jednoznacznie określił, czy należy do partii, czy nie. Nie możemy jednak zakładać, że to była zła wola pana Żukowskiego. Wydaje mi się, że druk jest mało czytelny i to mogło być przyczyną pomyłki.
Mieszkańcy Wasilkowa podejrzewają, że powód był inny.
Wstydził się?
– Ukrył to, bo u nas ludzie nie lubią PiS-u. A wszystko przez to, że politycy tak często pokazują się w Świętej Wodzie i chcą to wykorzystać do swoich celów propagandowych – śmieje się pani Katarzyna z Wasilkowa.
– On nawet by nie kandydował, ale wojewoda i proboszcz parafii w Świętej Wodzie go namówili – mówi jedna z sąsiadek Żukowskiego
Sam kandydat twierdzi, że kreskę postawił celowo, nie była to żadna pomyłka. Ale partii się nie wstydzi. – Po prostu przy zgłoszeniu nie miałem dokumentów potwierdzających przynależność do partii. Bo dość późno zdecydowałem się kandydować – przyznaje Zenon Żukowski. – Teraz się postaram o takie potwierdzenie. A mój wybór nie miał żadnego związku z sugestiami wojewody.

Autor artykułu: (kosz)