Archive for January, 2006

Mierzejewski na prezydenta?

Saturday, January 21st, 2006


Z inicjatywą zjednoczenia lokalnego biznesu w wyborczej batalii wystąpił Marek Sakowicz, przewodniczący stowarzyszenia Rynek Kościuszki, który rozesłał zaproszenia na czwartkowe spotkanie do wszystkich organizacji biznesowych w mieście. W sumie w sali konferencyjnej hotelu Cristal zjawiło się 13 osób m.in z Podlaskiego Klubu Biznesu (przybyli najliczniej), Zrzeszenia Kupców Producentów i Usługodawców i Podlaskiego Związku Pracodawców.
– Temu miastu potrzeba prawdziwego gospodarza, a nie urzędnika który nim zarządza – uważa Sakowicz – Proszę tylko popatrzeć na plan remontów. Beztrosko rozgrzebana już kolejny miesiąc ulica Liniarskiego. To co, w urzędzie nie wiedzieli, że przyjdzie zima?
Na spotkaniu padło nazwisko potencjalnego kandydata środowisk biznesowych na prezydenta – miałby zostać nim Andrzej Mierzejewski, prezes Zrzeszenia Kupców Producentów i Usługodawców. – Za wcześnie na takie deklaracje – stwierdził jednak Mierzejewski.
W przyszłym miesiącu biznesmeni spotkają się ponownie. Chcą powołać roboczą grupę inicjatywną, która opracuje strategię walki w najbliższych wyborach samorządowych, tak żeby w radzie miejskiej zasiadło pięciu lub sześciu przedstawicieli biznesu. Grupę ma wspierać merytorycznie dr Tadeusz Truskolaski, ekonomista, ekspert w sprawach rozwoju regionalnego.

Autor artykułu: (now)

Przyszła zima, litości nie ma

Saturday, January 21st, 2006


Wczoraj rano temperatura spadła do minus 26 stopni Celsjusza.

Nawet dobre paliwo zawiodło
Białostocka komunikacja miejska miała wczoraj duże spóźnienia. – Siedem autobusów w ogóle nie wyjechało. Wiele miało problemy już na trasie, bo paliwo w nich zamarzało – mówi Józef Szaciłowski, dyspozytor w Komunalnym Zakładzie Komunikacyjnym.
Także w Komunalnym Przedsiębiorstwie Komunalnym wczorajszy dzień nie należał do łatwych. Dziesięć autobusów w ogóle nie wyjechało z zajezdni, wiele popsuło się w takcie jazdy. – Generalnie to chodzi o paliwo, które zamarza. Dlatego problemy są i z nowymi, i starymi pojazdami – wyjaśnia Józef Kondrad, dyspozytor z KPK.
Tak samo było w KPKM – z ponadgodzinnym opóźnieniem w trasę wyjechało co najmniej kilka autobusów.
– Używamy paliwa, które nie powinno zamarzać do minus 33 stopni. Ale dzisiaj nie zdało egzaminu. Dlatego już od rana przy każdym tankowaniu dolewamy preparat, który nie pozwala paliwu zamarznąć – mówi Adam Tylman, kierownik ds. eksploatacji w KPKM. – W nocy pojazdy będziemy uruchamiać, żeby nic w nich nie pozamarzało i kierowcy rano mogli spokojnie ruszyć w trasę. Uszlachetniacze do paliwa od wczoraj dodaje też KZK. KPK z kolei zamówiło w rafinerii płockiej specjalne paliwo, które nie zamarza do minus 35 stopni Celsjusza.

Zamarznięte pociągi i autokary
Piątek nie najlepiej będzie też wspominany przez pracowników PKP i PKS.
– Najwięcej kłopotów mieliśmy z szynobusami. Dwa wyjechały z Czeremchy, ale do Białegostoku nie dojechały – mówi Antoni Gryciuk z białostockiego oddziału PKP Przewozy Regionalne. – Także w Kuźnicy zamarzł nam pociąg.
Gryciuk nie ukrywa, że podlaskie pociągi miały wczoraj spore opóźnienia. – U nas wystarczy, że jeden pociąg ma poślizg, to potem już idzie to lawinowo – wyjaśnia Gryciuk.
W białostockim PKS na drogi nie wyjechała jedna czwarta autokarów.
– Gdańsk, Sejny, Augustów, Izbiszew, Zabłudów, Gródek, Mońki, Kruszewo, Tykocin, Wojszki, Obrubniki, Skrybicze, Czarna Białostocka… – Janusz Straboł, kierownik działu wykonywania przewozów wymienia trasy, na które wczoraj rano nie wyjechały autobusy. – Stacja obsługi pracuje na pełnych obrotach, ale trzeba się liczy z tym, że w najbliższych dniach autobusy będą się spóźniać.

Kolejka po taksówkę
Za to białostoccy policjanci dzięki mrozom odetchnęli. Wczoraj było znacznie mniej zdarzeń drogowych. – Dużo osób nie uruchomiło swoich samochodów, niektórzy świadomie zrezygnowali z jazdy autem i przesiedli się do komunikacji miejskiej, korzystali z taksówek. Na ulicach w Białymstoku nawet w godzinach szczytu było znacznie mniej samochodów – ocenia nadkomisarz Jacek Dobrzyński, rzecznik prasowy podlaskiej policji.
I to był właśnie m.in. przez to na taksówkę wczoraj trzeba było czekać nawet pół godziny, a samo dodzwonienie się do każdej białostockiej korporacji graniczyło z cudem.
Oszronione szyby ograniczały widoczność i to głównie było przyczyną kolizji w mieście.
– Mimo wszystko chylę czoła przed białostockimi kierowcami. Z reguły jeździli bezpiecznie – dodaje podkomisarz Dariusz Kędzior z Komendy Miejskiej Policji.

Wyjazd za wyjazdem
Zima nie oszczędziła jednak białostockich strażaków. Przede wszystkim wyjeżdżali do pożarów sadzy w kominie.
– Jest zimno i ludzie mocniej grzeją w piecach. Jeżeli kominy nie są czyszczone regularnie o pożar nietrudno – twierdzi kapitan Paweł Ostrowski, rzecznik prasowy białostockiej straży pożarnej.
Ostrowski podkreślił, że tego typu zdarzenia, nie zauważone w porę są bardzo niebezpieczne. Pożar sadzy w kominie może rozprzestrzenić się na cały budynek. Tylko wczoraj takie zdarzenia miały miejsce w Sochoniach, przy ulicy Andersa i Hanki w Białymstoku.
Najpoważniejszy pożar miał miejsce w miejscowości Porosły. Nie wiadomo jakie były jego przyczyny. Około godziny 7.30 zapalił się drewniany budynek mieszkalny. Gasiło go aż 30 strażaków. – Zaangażowaliśmy tyle osób, dlatego że co jakiś czas trzeba było ich zmieniać. Strażacy z ogniem walczyli do popołudnia. Woda zamarzła w hydrantach i musieliśmy ją dowozić – relacjonuje kapitan Ostrowski.

Autor artykułu: Joanna DARGIEWICZ

Wymarzone miejsce

Tuesday, January 17th, 2006


Żółto-czerwoni zostali zakwaterowani w ośrodku Knieja. Nie był to wybór przypadkowy. Także w zeszłym roku drugoligowcy na pierwsze miejsce wyjazdu wybrali położoną niespełna 100 km od Białegostoku placówkę BGŻ.
– Mamy tu naprawdę świetne warunki. Nie chodzi mi tylko o zakwaterowanie, ale i miejsce do treningu. Biegamy po malowniczych terenach, tuż nad jeziorem, korzystamy z bogato wyposażonej, pełnowymiarowej sali. Na ten etap przygotowań ciężko byłoby wybrać lepsze miejsce – ocenia Konon.
Po przyjeździe do Rajgrodu i zakwaterowaniu jagiellończycy mieli krótki trening biegowy. Po obiedzie trener Adam Nawałka podzielił kadrę na dwie grupy: jedna ćwiczyła w siłowni, a druga miała zajęcia w sali. Wczorajszy dzień żółto-czerwoni zakończyli gierką w siatkonogę.
– Nie wystartowaliśmy z wysokiego pułapu, ale wkrótce powinno się to zmienić. Szybko robi się ciemno, dlatego będziemy wcześnie zaczynać zajęcia w terenie, a po zmroku czeka nas siłowania i treningi w hali. Najważniejsze, że wszystko jest pod kontrolą. Każdy będzie ćwiczył zgodnie z opracowanym dla niego programem, przy najlepszym tętnie i co ważne pod okiem Darka Jurczaka, który na bieżąco śledzi wskazania sporttesterów – opowiada Konion.
Dzisiaj piłkarze rozpoczną treningi od 30-minutowego biegu, później zaplanowano inne zajęcia w terenie, siłownię i wieczorne ćwiczenia w sali lub w siłowni.

Autor artykułu: ag

Skoczyły po medale

Tuesday, January 17th, 2006


Zawodniczki dopiero rozpoczęły przygotowania do czekających je w lutym mistrzostw Polski, dlatego uzyskane wyniki zasługują na duże słowa uznania. Stepaniuk osiągnęła 185 cm, a Domel 180 cm.
– To naprawdę dobre wysokości. Przypomnę tylko, że rekord życiowy Kamili jest zaledwie o centymetr lepszy – cieszy się Wojciech Niedźwiecki, trener Podlasia.
W samych superlatywach o zawodniczkach wyraża się szkoleniowiec kadry narodowej Janusz Kuczyński.
– To doskonały prognostyk na przyszłość. Obie dziewczyny stanowią ścisłą czołówkę naszego zespołu. Muszę przyznać, że jestem pozytywnie zaskoczony tymi rezultatami. Jeszcze w zeszłym roku najlepszy wynik Kamili w hali wynosił 180 cm, a Urszuli 176 cm. Postęp jest więc znaczny – ocenia Kuczyński.

Autor artykułu: ag

Rzeźnicy czy lekarze?

Tuesday, January 17th, 2006


Dwaj weterynarze i kierownik schroniska czują się niewinni.
– W niektórych przypadkach te zwierzęta można było wyleczyć, ale nie w naszych warunkach. U nas była alternatywa: trzymać je w męczarniach albo dokonać humanitarnej eutanazji – mówi Marian N., weterynarz. – Pewnie gdybym pozorował ich leczenie, to nie siedziałbym dzisiaj w sądzie. Eutanazja nie sprawiała mi przyjemności.
To kierownik winien
Niewinny czuje się także drugi weterynarz, Zbigniew S. Broni się, że nie może ponosić odpowiedzialności, bo pracę w schronisku zaczął dopiero w kwietniu 2001 roku. I – jak twierdzi – od początku walczył o poprawę warunków przetrzymywanych tam zwierząt.
– Jestem lekarzem, nie rzeźnikiem. A masowe odłowy zwierząt spowodowały, że było bardzo dużo zwierząt starych i chorych – wyjaśnia Zbigniew S. – Czuję się głęboko skrzywdzony tymi oskarżeniami.
Zeznał, że to kierownik schroniska zlecał masowe odłowy psów w Białymstoku i okolicach. Mimo, że nie było dla nich miejsca. I to kierownik zlecał usypianie.
– Ja zawsze starałem się leczyć te zwierzęta. Żadnego psa nie uśpiłem bez uzasadnienia – zapewnia weterynarz.
Z tym że sam kierownik, czyli Franciszek P., też twierdzi, że jest bez winny. Usypiał psy, bo nie miał gdzie ich trzymać. Schronisko, które przejął, w 1998 roku, było w tak fatalnym stanie.
Zwierzęta po macoszemu
Wczoraj oskarżeni próbowali przed białostockiem sądem odwoławczym udowodnić swoją niewinność. Po raz kolejny. Bo w lipcu ubiegłego roku sad rejonowy uznał, że są winni nieuzasadnionego uśmiercania psów, ale sprawę im warunkowo umorzył. Od tego orzeczenia odwołali się zarówno oskarżeni: Zbigniew S. i Franciszek P., jak i prokuratura.
– To orzeczenie było rażąco łagodne, a sąd całą sprawę potraktował „po macoszemu” – mówi prokurator Małgorzata Zińczuk. – Nie można kształtować wśród ludzi przeświadczenia, że za usypianie zwierząt – i to w takiej skali – nic człowiekowi nie grozi.
Dlatego prokuratura domagała się zwrócenia sprawy do ponownego rozpatrzenia. Gdyby jednak sąd utrzymał w mocy warunkowe umorzenie – wtedy prokurator żąda zasądzenia świadczeń pieniężnych od oskarżonych: 1,5 tys. zł od Franciszka P., 1 tys. zł od Mariana N. i 500 zł od Zbigniewa S. na rzecz Krakowskiego Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami.
TOZ jako obrońca
Jako oskarżyciel posiłkowy w tym procesie występuje też przedstawicielka Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami. Wczoraj domagała się ona surowego ukarania Mariana N. i Franciszka P. Zmieniła jednak zdanie, co do Zbigniewa S. Uznała, że nie ponosi on winy za uśmiercanie zwierząt i poparła jego wniosek o uniewinnienie.
Wyrok w tej sprawie sąd ogłosi już jutro.

Autor artykułu: Magdalena Kleban

Bison bezpański

Friday, January 13th, 2006


Sprawcą całego zamieszania jest warszawski Metalexport – dotychczasowy właściciel Bisona. Należąca do Piotra Buchnera spółka, która wpędziła w długi białostocką fabrykę (na ok. 100 mln zł), sama niedługo może pójść z torbami. Jej zadłużenie wobec fiskusa było tak duże, że Pierwszy Mazowiecki Urząd Skarbowy w Warszawie przejął 53 proc. akcji białostockiej fabryki, należące do Metalexportu. By odzyskać swoje należności, „skarbówka„ wystawiła akcje na sprzedaż. Zgłosiło się trzech inwestorów, w tym konsorcjum złożone z trzech lokalnych przedsiębiorców – Wojciecha Strzałkowskiego (MTC Plus), Wojciecha Kręcisza (Instal) i Jerzego Stolarskiego (Samasz). Wczoraj doszło do otwarcia ofert, jednak żaden z potencjalnych kupców nie wpłacił wadium, co oznacza, że licytacja nie doszła do skutku.
– Teraz musimy się zastanowić, co począć z tym fantem, bo skarb państwa musi jakoś odzyskać swoje pieniądze – mówi Maciej Grochulski z warszawskiej “skarbówki”. – Niewykluczone, że zorganizujemy kolejny przetarg, ale to jeszcze kwestia czasu. Być może też skarb państwa zainteresuje się tym pakietem (może objąć akcje i wnieść je do spółki – przyp.red.).
W ten ostatni scenariusz nie wierzą związkowcy Bisona.
– Skarb nie weźmie sobie na głowę takiego długu – twierdzą.
Póki co więc Uchwyty same muszą borykać się ze swoimi problemami.
– Płakać nie ma co, choć dobry inwestor, który włożyłby w firmę pieniądze, byłby jakimś wyjściem – mówi jeden z zakładowych związkowców. – Przyzwyczailiśmy się już, że musimy sobie radzić sami i poradzimy sobie. Bison na pewno nie upadnie.

Autor artykułu: Marzena Szwaczko

Białostoczanie: Pobożni i wierni

Friday, January 13th, 2006


Co roku, w ostatnią niedzielę przed adwentem w kościołach liczeni są wierni, którzy tego dnia uczestniczą we mszy świętej i przystępują do komunii. Z listopadowego liczenia białostockie parafie są zadowolone. Wielu proboszczów może pochwalić się większą liczbą wiernych, uczestniczących co tydzień we mszy świętej, niż jeszcze rok temu.
W kościele pw. św. Andrzeja Boboli modli się co niedzielę blisko 50 procent więcej osób.
– Powodów może być kilka: śmierć papieża, prężnie działające przy parafii wspólnoty religijne, poprawa nagłośnienia w kościele i … nowy proboszcz – jednym tchem wymienia ks. Ryszard Puciłowski, gospodarz parafii św. A. Boboli.
Z niedzielnej frekwencji cieszy się również ks. Andrzej Kołpak, z parafii św. O. Pio.
– 50 procent parafian chodzi co tydzień na mszę świętą, o 10 więcej niż rok temu. Staramy się dbać o wiernych. Przy naszym kościele działa urocza kawiarenka, w której po mszy można napić się dobrej kawy – opowiada proboszcz.
Do św. Wojciecha na msze przychodzi tyle samo osób co rok temu. – Pewnie, że chciałoby się, żeby wiernych przybywało, ale na wszystko trzeba patrzeć realnie. Moja parafia to przede wszystkim ludzie starsi. Przy niekorzystnej pogodzie wielu z nich zostaje w domu – podkreśla Stanisław Szczepura, proboszcz.
Liczba wiernych uczestniczących we mszy świętej nie zmieniła się także w parafii św. Rodziny. Wzrosła tu natomiast liczba osób przystępujących do komunii świętej.
– W porównaniu z rokiem ubiegłym, prawie 90 osób więcej przyjęło w tych dniu komunię. To bardzo dobrze świadczy o naszych parafianach – podkreśla ks. Roman Balunowski, proboszcz parafii.
Liczenie wiernych pokazało jeszcze jedną prawidłowość. Na msze uczęszcza więcej kobiet niż mężczyzn. Panie częściej też przystępują do komunii świętej.
– Mamy sfeminizowane kościoły – śmieje się ks. Alojzy Chojnowski, proboszcz parafii św. Maksymiliana Marii Kolbego. Jednocześnie podkreśla zasługi pań w życiu wspólnoty. – Chociaż wiecznie zabiegane, zawsze znajdują czas na modlitwę. Bez nich świątynie byłyby puste. One też stanowią trzon większości organizacji przykościelnych – dodaje proboszcz.
Według Macieja Tefelskiego, socjologa, kobiety częściej modlą się w kościele, bo są bardziej przywiązane do tradycji.
– Przeważająca część pań pielęgnuje rodzinne obyczaje. W im bardziej religijnym domu kobieta została wychowana, tym jej większe przywiązania do kościoła – podkreśla Maciej Tefelski.

Autor artykułu: Marta Gawina

Czarna polewka od wojewody

Friday, January 13th, 2006


W środę pięcioosobowa delegacja Podlaskiego Klubu Biznesu, na czele z prezesem Lechem Pileckim, przyszła do Podlaskiego Urzędu Wojewódzkiego z bukietem kwiatów. Klub zrzesza kilkudziesięciu białostockich przedsiębiorców, do organizacji należą m.in. Wojciech Strzałkowski, współwłaściciel “Jagiellonii”, Wojciech Kręcisz – właściciel Rodexu, Lech Pilecki.
Przedsiębiorcy nie byli umówieni z Dobrzyńskim, ale udało im się wejść do gabinetu wojewody i złożyć gratulacje. Zaprosili też go do Pałacu Hasbacha na spotkanie. Jednak Dobrzyński chłodno odniósł się do zaproszenia.
- Powiedział, że nie chce utrzymywać specjalnych kontaktów z przedsiębiorcami, że nie chce się spotykać – mówi zastrzegający anonimowość biznesmen. – Dopiero po dłuższych naleganiach Dobrzyński niechętnie zasugerował, że może kiedyś spotka się z nami. Dał do zrozumienia, że jesteśmy jakimś podejrzanym towarzystwem, które chce go na coś naciągnąć – dodaje.
- Leszek Pilecki, który jest znany z niekonwencjonalnych gestów, próbował rozładować sytuację – wtrąca drugi z naszych informatorów. – Zaczął nawet rozpinać koszulę, żeby pokazać, że ma szczere serce i intencje. Ale im dłużej trwało spotkanie, tym atmosfera stawała się bardziej napięta.
W pewnej chwili rozmowa zeszła na temat Jagiellonii i lotniska na Krywlanach. Przypomnijmy, że Dobrzyński jest przeciwnikiem budowy galerii handlowej na terenach zajmowanych przez klub. Uważa, że działka, którą spółka “Jagiellonia” dzierżawi od skarbu państwa powinna zostać skomunalizowana i wystawiona na sprzedaż w otwartym przetargu. Jako radny Dobrzyński sprzeciwiał się też budowie lotniska na Krywlanach.
- Kiedy Leszek Pilecki zaczął namawiać Dobrzyńskiego, żeby poparł projekt budowy lotniska, wojewoda się zdenerwował – opowiada nasz informator. – Powiedział Pileckiemu, że jeśli dalej będzie naciskał z lotniskiem na Krywlanach, to on zawiadomi Agencję Bezpieczeństwa Wewnętrznego. A nas wszystkich zamurowało.
Wojewoda Jan Dobrzyński odmówił odpowiedzi na pytanie “Porannego”, czy odrzucił zaproszenie do Pałacu Hasbacha i czy rzeczywiście zawiadomił ABW o próbach nacisku.
- Nie będę w tej sprawie się wypowiadał – podkreślił.
Wyjaśnił jedynie, że nie zmienił poglądów w sprawie gruntów Jagiellonii i lotniska.
- Nie zmieniam zdania w sprawie regionalnego lotniska w województwie podlaskiego – mówi Dobrzyński. – Najlepszą i najtańszą formą umiejscowienia lotniska, mającego oddziaływać na rozwój całego województwa i które sprosta konkurencji jest lokalizacja Topolany – Potoka.
Przedsiębiorcy z PKB są oburzeni zachowaniem wojewody.
- Zostaliśmy potraktowani jak bandyci – mówią. – Przecież nie przyszliśmy do wojewody z propozycją łapówki! My reprezentowaliśmy organizację, a nie swoje prywatne interesy.
Jan Dobrzyński pytany o to jak zamierza układać sobie stosunki z przedsiębiorcami w przyszłości odpowiada krótko: – Jako przedstawiciel Rady Ministrów w województwie będę informował podmioty gospodarcze o zamierzeniach rządu.
Członkowie delegacji nie chcą oficjalnie rozmawiać o wizycie u wojewody. – Niczego nie będę komentował – mówi Jerzy Szmurło. – Proszę dzwonić do prezesa Lecha Pileckiego.
Ten z kolei także odkłada słuchawkę. – Odmawiam rozmowy w tej sprawie – ucina Pilecki.
Czy wojewoda rzeczywiście zawiadomił ABW o wizycie przedsiębiorców z PKB?
Wiele wskazuje na to, że tak. Kilka godzin po wizycie u wojewody do Pałacu Hasbacha ktoś zadzwonił. Rozmówca zażądał nazwisk pięciu członków delegacji, którzy byli …u wojewody.

Autor artykułu: Zbigniew Nikitorowicz

Stary, cenny Białystok

Tuesday, January 10th, 2006


Otrzymaliśmy właśnie tzw. białe karty wytypowanych przez nas obiektów – mówi Łucja Włoch, zastępca Podlaskiego Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków. – Są one podstawą do tego, by teraz myśleć o wpisaniu ich do rejestru zabytków.
Na ponad dziewięćdziesiąt budynków, około osiemdziesięciu to chaty bojarskie. Łucja Włoch wyjaśnia, że szczególne zainteresowanie właśnie tym regionem Białegostoku wynikało m.in. z medialnego zamieszania wokół drewnianej dzielnicy.
- Wiadomo, że nie wszystkie z domów trafią na listę zabytków, a tylko te najciekawsze. Ale dzięki kartom będzie też wiadomo które budynki powinny być chronione np. przez odpowiednie zapisy w powstającym właśnie planie zagospodarowania przestrzennego tej dzielnicy – dodaje Włoch.
Teraz konserwatorów czeka szczegółowe przeglądanie zgromadzonej dokumentacji. Później będą podejmować decyzję, które z domów ostatecznie wzbogacą listę białostockich zabytków.
- Myślę, że za kilka miesięcy będziemy już znali konkrety – zapewnia.
Z rozwiązania konserwatorów zadowolony jest Zbigniew Klimaszewski, przewodniczący rady osiedla Bojary.
- To dobry sygnał. Widać, że konserwatorzy czują sprawę, że chcą chronić to, co jeszcze zostało na Bojarach. Szkoda tylko, że w parze z nimi nie idą działania urzędników z magistratu – mówi Klimaszewski.

Autor artykułu: Andrzej KŁOPOTOWSKI

Zapraszają na „sale”

Tuesday, January 10th, 2006


Białostoczanie, których pytaliśmy, woleliby, żeby do sklepów wróciły zwykłe wyprzedaże. I chcą, by do sklepów wróciły informacje w języku polskim.
– Znam angielski, więc wiem, że w tym sklepie jest wyprzedaż. Pokolenie moich dziadków i rodziców może mieć już z tym problem – mówi Adam Słucki. – Uważam, że choć jesteśmy w Europie, reklamy powinny być w języku polskim. Nie koniecznie musimy się tak amerykanizować.
Podobnego zdania jest Maria Nowacka: – Nie mamy aż tylu obcokrajowców, by używać języka angielskiego w reklamie. Żyjemy w Polsce, więc używajmy naszego języka.

Narzucona reklama
Właściciele sklepów wcale nie mają zamiaru wracać do języka polskiego. – Jestem tylko dystrybutorem odzieży firmy „Troll”. Mam z nią podpisaną umowę i nie jestem w stanie decydować o sposobie reklamy – rozkłada ręce Grażyna Wołosik, właściciel sklepu przy ulicy Sienkiewicza 9. – To jest pomysł narzucony przez „górę”. Dlaczego użyto tylko języka angielskiego? Obecnie jest taka moda. Firmy uważają, że w taki sposób produkt lepiej się sprzeda.
Anglojęzyczna reklama narzucona jest również właścicielce sklepu z odzieżą „Deep” przy ulicy Sienkiewicza 9. Jadwiga Sawoń przyznaje jednak, że jest przeciwna takiej formie ogłaszania wyprzedaży.
– Po pierwsze, żyjemy w Polsce, więc tekst na reklamie powinien być w naszym języku. Po drugie, nie każdy zna angielski – mówi Sawoń.

Taka moda
Czy duże sieci zdecydują się na powrót do języka polskiego? Nie wszyscy. – Przez anglojęzyczną reklamę firma staje się potężniejsza. Dostosowujemy się tym do zagranicznych klientów – mówi Monika Kujas, specjalista od public relation z firmy „Troll”.
Innego zdania jest Mariusz Szeib z firmy Semax odpowiedzialnej za reklamę marki „Deep”.
– Zgadzam się z tym, że powinny znaleźć się tam słowa w języku polskim – mówi „Porannemu”- Poleciłem już, by to poprawiono. Planujemy również na plakatach firmy, które wywiesimy na Podlasiu, dodać trzeci język – rosyjski. Przecież te tereny odwiedza wielu ludzi ze Wschodu.

„Sale” nie łamie prawa
Zdaniem Jarosława Brzozowskiego, miejskiego rzecznika konsumentów zastosowanie wyrazów „Sale” czy „Up to 50%” bez podania polskiego znaczenia jest dopuszczalne.
– Ale uważam, że właściciele powinni unikać zwrotów obcojęzycznych reklamując swoje akcje – mówi Jarosław Brzozowski. – Dziwię się, że wybierają taki sposób reklamy. Przecież słowo „wyprzedaż” ma służyć do przyciągnięcia klienta.
Przeciwny stosowaniu anglojęzycznej reklamy jest też prof. Jerzy Bralczyk, językoznawca.
– Widząc taką wystawę czuję się jak cudzoziemiec – mówi. – Mam wielką pretensję do właścicieli sklepów. Nie mam nic przeciwko zapożyczeniom w języku polskim, lecz jestem przeciwny całym tekstom w obcym języku. Nawet tym krótkim.

Autor artykułu: Jakub SOSNOWSKI