Co roku półtora tysiąca pacjentek zgłasza się do Kliniki Rozrodczości i Endokrynologii Kobiecej AMB, szukając ratunku. Są zdesperowane i nieszczęśliwe.
– Kiedy tu przyszłam, byłam załamana. Czułam się taka pusta, taka do niczego. Ale udało się. Jestem w 26 tygodniu ciąży. Dzięki in vitro. To będzie syn – mówi Ania.
Wczoraj przyszła do kliniki razem z innymi pacjentkami, by wspólnie z lekarzami świętować 18. rocznicę ich pierwszego sukcesu.
Szansa na życie
Również wczoraj był wielki dzień dla Katarzyny. Lekarze pobrali jej komórki jajowe, które połączą w laboratorium z plemnikami jej męża. Wyhodują zarodki i umieszczą w ciele kobiety. Czy się uda?
Nie każda ma to szczęście. Na sto pacjentek 30 lub 40 zachodzi w ciążę.
Reszta nie rezygnuje i próbuje dalej. Choć nie jest im łatwo.
– Pierwsze nieudane in vitro to bolesne przeżycie. Kiedy dowiedziałam się, że nie zaszłam w ciąże, płakałam kilka dni – mówi Małgosia. Ale spróbowała znów i udało się. Jest w szesnastym miesiącu ciąży. – Codziennie budzę się z uczuciem, że spotkał mnie cud – mówi i płacze przyszła mama.
Za biedne na dziecko
Jednak nie każdą kobietę stać na ten cud. Jeden zabieg in vitro (razem z lekami) kosztuje 7-10 tysięcy złotych. A tylko szczęściarom udaje się za pierwszym razem.
– My próbowaliśmy trzy razy – mówi mama Oli i Piotrusia. – I dopiero za trzecim się udało.
– Przez kilka lat oszczędzaliśmy, wszystkie pieniądze szły na leczenie. Ale warto było – dodaje tata bliźniaków.
Pacjentki białostockiej kliniki uważają, że leki powinny być choć w części refundowane. Bo ich bezpłodność to choroba, dotykająca obecnie co szóstą parę.
– Leki są drogie, bo leki najnowszej generacji zawsze są drogie, tyle że te stosowane w innych chorobach są refundowane przez państwo. A nasze pacjentki za wszystko muszą płacić z własnej kieszeni – przyznaje dr hab. Jacek Szamatowicz, adiunkt z Kliniki Ginekologii AM.
Jednak polityków nie przekonują te argumenty. Minister Zdrowia, profesor Zbigniew Religa zapowiedział wczoraj, że nie będzie występował o refundację zapłodnienia pozaustrojowego in vitro. Stwierdził, że jeśli miałby wybierać, czy płacić za reanimację młodego człowieka, czy za realizację metody in vitro, to opowiedziałby się za ratowaniem życia. – Pieniędzy w systemie jest za mało. Na wszystko nie wystarcza i limity będą – powiedział profesor Religa.
* Imiona niektórych pacjentek zostały na ich prośbę zmienione
Autor artykułu: Barbara Likowska-Matys (pap)
blikowska@poranny.